RSS
piątek, 30 lipca 2010
Lepsze wrogiem dobrego

Znane przysłowie mówi że nadgorliwość jest gorsza od faszyzmu. Również w dziedzinie finansów osobistych i oszczędności. Również skrajność w oszczędności i zaciskaniu pasa nie prowadzi do niczego dobrego.

Jak wielokrotnie pisałem jestem zwolennikiem podejścia psychologicznego do finansów osobistych. A podejście psychologiczne wymaga stawianie sobie ambitnych, ale osiągalnych celów. Łatwo, zwłaszcza po pierwszych sukcesach, ulec pokusie perfekcjonizmu – „w następnym miesiącu nie wydam nic na słodyczne, napoje, jedzenie poza domem, rozrywki, w ogóle nic nie kupię i nic nie wydam i będę miał wieeeeelką górę pieniędzy i spłacę moje kredyty w trzy miesiące!”.

Po czym okazuje się że takie życie po prostu nie sprawia nam przyjemności, stajemy się coraz bardziej sfrustrowani i zniechęceni, żeby w końcu stwierdzić: „to całe oszczędzanie nie jest dla mnie, będę szczęśliwszy żyjąc po staremu”.

Aby więc szybko się nie wypalić psychiczne również do oszczędzania podchodźmy z umiarem. Jeżeli spłacamy nasze długi zgodnie z planem, oszczędzamy na emeryturę, mamy fundusz awaryjny – nic nie stoi na przeszkodzie żeby czasem wydać pieniądze na coś co sprawia przyjemność. W ogóle warto co miesiąc przeznaczyć skromny budżet na rozrywki i przyjemności. Rozsądne zarządzanie finansami osobistymi ma więcej wspólnego z równowagą niż z fanatyzmem.

11:45, marcinhorala
Link Komentarze (15) »
piątek, 18 czerwca 2010
Ile kosztuje godzina twojej pracy?

Jednym z dobrych sposobów utrzymania motywacji do ograniczania wydatków jest dokonanie przeliczenia cen na godziny naszej pracy. Wszak – o ile nie jesteśmy jakimiś absolutnymi szczęściarzami – naszych pieniędzy nie podnosimy z ziemi, nie wygraliśmy w totolotka i nie odziedziczyliśmy po wujku z Ameryki. Nasze pieniądze to nasz czas, nasz wysiłek, nasze nerwy które to wymieniamy na pieniądze za pomocą pracy zarobkowej.

Przed pochopnym wydawaniem pieniędzy może, więc chronić świadomość ile czasu kosztuje zarobienie danej kwoty pieniędzy. Wypasiony telewizor będzie znacznie mniej atrakcyjny, jeżeli spojrzymy na niego jak na 100 godzin, które musieliśmy spędzić w pracy.

Jednocześnie świadomość ile kosztuje godzina naszej pracy pozwoli na racjonalną ocenę oszczędności. Czy na przykład warto przez godzinę męczyć się z myciem samochodu, skoro po drodze z pracy mamy myjnię za 15PLN, a godzina naszej pracy kosztuje 50PLN. Tu jednak nie ma prostego przelicznika, bo nie jest tak, że automatycznie tą godzinę zaoszczędzoną na myciu samochodu będziemy w stanie przepracować za wzmiankowaną kwotę. A więc czasem warto coś zrobić samemu zamiast za to płacić, mimo że oszczędzać będziemy zdecydowanie poniżej naszej stawki godzinowej. Duże znaczenie ma też subiektywna ocena czy daną czynność lubimy, czy może wręcz przeciwnie. Niemniej taki punkt odniesienia zawsze się przyda żeby realnie ocenić czy dana oszczędność jest naprawdę warta swoich pieniędzy.

A jak dokładnie obliczyć koszt godziny naszej pracy? Bardzo prosto. Najpierw od naszej płacy netto odejmujemy wszystkie koszty bezpośrednio związane z pracą – czyli takie których nie ponosilibyśmy, gdybyśmy nie pracowali. Dojazdy, ubranie, ew. przekąski w pracy. A następnie dzielimy przez średnią ilość godzin w miesiącu poświęcaną na pracę. Miesiąc miesiącowi nierówny, etatowi muszą przyjąć jakieś zaokrąglenie – ja na mój prywatny użytek przyjąłem 168 godzin pracy w miesiącu. Pamiętajmy, że do czasu poświęcanego na pracę nie wchodzi tylko czas pracy ale również dojazdy plus ewentualna praca czy też doszkalanie w domu.

Przykład: Jarosław Pracujący zarabia na rękę 4 tys. złotych.

Koszty związane z pracą to ok. 200 PLN za benzynę (i tak miałby samochód więc nie wliczamy kosztów takich jak np. jego ubezpieczenie). Do pracy musi chodzić ubrany w garnitur, koszulę i krawat. Rocznie zużywa jeden garnitur i z dwie koszule, łączny koszt nie więcej niż 800 PLN (kupuje tanie garnitury stąd się tak szybko zużywają).  A więc do miesięcznych kosztów dorzucamy 70PLN. Je kanapki przyniesione z domu więc nie ma dodatkowych kosztów na kupowanie przekąsek. Łączne koszty związane z pracą to ok. 270 PLN miesięcznie, a więc z zarobku na czysto zostaje mu 3730 złotych.

Pan Jarosław pracuje teoretycznie osiem godzin dziennie, więc bierzemy 168 godzin na miesiąc. Do tego czasami zdarza mu się zostać dłużej w pracy godzinę-dwie, jednak nie częściej niż raz – dwa razy w tygodniu. Zaokrąglamy to do 6 godzin w miesiącu. Nie bierze nigdy pracy do domu i nie musi się doszkalać. Dojazd zajmuje mu pół godziny w jedną stronę, czyli godzinę dziennie, czyli średnio 20 godzin w miesiącu.  A więc średnio miesięcznie na pracę zawodową poświęca 194 godziny.

Dzieląc ten zarobek przez ilość godzin przeznaczanych na pracę otrzymujemy wynik ok. 19 złotych. Tyle kosztuje godzina pracy pana Jarosława. A więc jeżeli będzie chciał sobie kupić nowy telewizor za 3 tyś., kosztować go on będzie ok. 158 godzin pracy. Zaś na wieczór w kinie (bilety + przekąski dla dwojga 70PLN) pracować musi 3,5 godziny.

Miłej zabawy w obliczenia ile jest warta godzina waszej pracy.

piątek, 23 kwietnia 2010
Metoda drobnych przelewów

W amerykańskiej blogosferze personal finance natknąłem się na sposób na oszczędność, którego sam nie stosuję – ale być może dla kogoś okaże się przydatny.

Skorzystać z niego mogą tylko posiadacze kont internetowych z darmowymi przelewami. Zasada jest bardzo prosta – kiedy tylko uda nam się jakoś zaoszczędzić parę złotych, od razu przelewamy je na konto oszczędnościowe. Byliśmy głodni, chcieliśmy kupić hot-doga ale się powstrzymaliśmy – robimy przelew na 4 złote. Nie kupiliśmy rano gazety – 1,5 na konto oszczędnościowe. I tak dalej. Oczywiście uwzględniamy tu realne wydatki, które w innych okolicznościach byśmy ponieśli, żeby nie było jak w tym dowcipie: „Zaoszczędziłem dziś dwa złote – zamiast jechać autobusem pobiegłem za nim.  - Ty głupku, gdybyś pobiegł za taksówką zaoszczędziłbyś trzydzieści.”

Myślę, że taka taktyka wiążąca wyrzeczenie z automatycznym efektem dla naszych oszczędności – oraz widok codziennie rosnącego konta oszczędnościowego – mogą być skutecznymi motywatorami.

piątek, 12 marca 2010
Scenariusze awaryjne

Zainspirowany starym wpisem na blogu No Credit Needed (link gdzieś po prawej) postanowiłem zastanowić się nad kilkoma finansowymi scenariuszami awaryjnymi dla mojej rodziny.

1. Żona straci pracę. W obecnej chwili wymagałoby to bankructwa jej firmy bo jako przebywająca na urlopie wychowawczym podlega szczególnej ochronie zatrudnienia. Właściwie nic by to nie zmieniło w naszych finansach bo na urlopie wychowawczym i tak nic nie zarabia. Dorabia jednak trochę ucząc angielskiego w szkole językowej na umowę-zlecenie. Gdyby żona straciła to zajęcie to również właściwie nic by się u nas nie zmieniło – po prostu zdecydowanie mniej byśmy co miesiąc oszczędzali. Być może lekko byśmy ograniczyli bieżącą konsumpcję żeby spadek w comiesięcznych oszczędnościach nie był zbyt drastyczny.

2. Ja stracę pracę. To byłby zdecydowanie większy problem. Przy założeniu zdecydowanego ograniczenia konsumpcji (ale bez jakiej gwałtownej pauperyzacji) funduszu awaryjnego starczyłoby nam na około 9-10 miesięcy szukania pracy. Dalsze 9-10 miesięcy dałoby przejadanie aktualnych oszczędności na cele konsumpcyjne (nowy samochód, wakacje) Później trzeba by już dokonywać bardziej drastycznych zmian (na przykład sprzedać samochód).

3. Przestanę być radnym – przy takim ograniczeniu wydatków jak punkt wyżej wyjdziemy na zero. Pewnie wówczas szukałbym jakiegoś dodatkowego zajęcia żeby dorobić choć parę stów umożliwiających comiesięczne oszczędzanie.

Oczywiście zdecydowanie gorzej miałyby się sprawy gdyby opisane wyżej punkty się skumulowały. Gdyby wszystkie wystąpiły jednocześnie (jednocześnie straciłbym pracę i ja i żona i jeszcze przestałbym być radnym) to oszczędności starczyłoby góra na cztery miesiące. To jednak jest wybitnie miało prawdopodobne. Niemniej staram się cały czas powoli zwiększać fundusz awaryjny i zdecydowanie nie jest zadowolony z jego wysokości. Robię to jednak powoli priorytetowo traktując inne cele oszczędzania, bo – realistycznie planując – szansa że jednocześnie urwą nam się wszystkie źródła dochodów jest naprawdę minimalna. Raczej w najbliższych latach możemy się spodziewać wzrostu możliwości zarobkowych żony po zakończeniu urlopu wychowawczego.

Podsumowując: uważam, że jestem nieźle zabezpieczony na wypadek utraty źródeł dochodu, ale jeszcze jest pole do poprawy. Docelowo chciałbym aby fundusz awaryjny wystarczył na pokrycie co najmniej 12 miesięcznych wydatków. Jednak, jeżeli nie zdarzy się coś nieprzewidzianego, na dojście do takiego stanu rzeczy daję sobie dobre kilka lat.

11:07, marcinhorala
Link Komentarze (7) »
poniedziałek, 08 marca 2010
Inwestowanie w siebie

Co jest najcenniejszym zasobem każdego człowieka? Otóż on sam. Dom, samochód, nawet rodzinę można niestety stracić, ale nie samego siebie. To znaczy oczywiście też można, tylko wtedy to już będzie nam naprawdę wszystko jedno.

Dlatego najlepszą inwestycją jest inwestycja w samego siebie. Zwiększanie i podtrzymywanie swoich możliwości zarobkowania. Po pierwsze możemy to osiągnąć poprzez nabywanie nowej, cenionej na rynku, wiedzy, umiejętności itp. Po drugie poprzez utrzymanie fizycznej możliwości zarobkowania, do czego konieczne jest zachowanie zdrowia.

Oczywiście nie znaczy to że mamy bezkrytycznie podchodzić na przykład do zapisywanych nam leków. Często mają tańsze zamienniki. A już zwłaszcza krytycznie powinniśmy podchodzić do różnych nie-zapisywanych „suplementów diety”.

Natomiast zdecydowanie nie warto oszczędzać na wizytach u lekarza, opiece dentystycznej, niezbędnych lekach. Warto też zadbać o zdrowie wydając nawet trochę więcej na zdrowe odżywanie czy na uprawianie jakiegoś sportu (wiele sportów można uprawiać za darmo lub prawie za darmo).

czwartek, 04 marca 2010
Nie wódź się sam na pokuszenie

Każdy, kogo spytać twierdzi że na niego reklamy – i szeroko pojęty marketing – nie mają wpływu. Pewnie ten i ów ma rację, do pewnego stopnia. Generalnie jednak jakoś tak się składa że firmy nadal wydają miliardy na reklamę więc w skali makro ta reklama musi być skuteczna. A to znaczy że i w skali mikro musimy, po prostu statystycznie rzecz biorąc musimy, czasami jej ulec. Pewnie często w nieświadomy sposób.

Dlatego najlepiej maksymalnie odciąć się od reklamowego przekazu. Zmieniać kanał jak lecą w telewizji, nie klikać w necie w reklamowe linki, nie czytać promocyjnych gazetek i ulotek (ale, przy okazji apeluję, brać je na ulicy – rozdawacz też człowiek i musi na życie zarobić – wiem osobiście jaka to ciężka i niewdzięczna praca).

A już szczególnie powinniśmy unikać wszelkich form marketingu bezpośredniego. Podstawowym założeniem technik tego rodzaju jest skłonienie nas do zakupu pod wpływem impulsu, a więc bez odpowiedniego zastanowienia. Jeżeli sam sprzedawca ocenia że po poddaniu dłuższej ocenie jego produkt nie będzie wyglądał na warty zakupu…

Dlatego nie dajmy się skusić na różne „darmowe” prezenty które potem będą się kurzyły i zajmowały miejsce na półkach i omijajmy szerokim łukiem znajomych którzy dzwonią do nas z propozycjami jakichś „okazyjnych” zakupów tudzież „niezobowiązujących” udziałów w prezentacjach. Jeżeli sami nie szukamy jakiegoś produktu albo usługi, innymi słowy, jeżeli sami nie inicjujemy kontaktu w sprawie jego potencjalnego zakupu (idąc na przykład do sklepu) – to znaczy że w danym momencie życia ów produkt lub usługa nie jest nam najwyraźniej potrzebny. Godząc się na kontakt z bezpośrednim sprzedawcą, idąc na prezentację itp. wystawiamy się niepotrzebnie na pokuszenie, ryzykujemy że ktoś nas omota przy pomocy psychologicznych sztuczek i pod wpływem nastroju chwili kupimy coś, co jest nam zbędne.

14:27, marcinhorala
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 02 marca 2010
Kolejność wydatków

Znaczna część ludzi wydaje pieniądze w następującej kolejności: najpierw rachunki i opłaty, potem wydatki „niezbędne”, potem przyjemności, a jak coś zostanie to oszczędzają. Czasem – o zgrozo – rachunki i opłaty są nawet przesuwane bliżej końca listy priorytetów. Już sama kolejność przesądza o braku możliwości skutecznego oszczędzania. Już potrzeby postrzegane jako „niezbędne” mają tendencję do dążenia do nieskończoności o wydatkach na przyjemności nie wspominając. Na oszczędności rzadko kiedy coś zostanie.

A więc zgodnie z zasadą płać sobie najpierw należy przemeblować wzmiankowaną hierarchię. Pierwszym priorytetem powinny być zdecydowanie oszczędności. Następnie rachunki i obowiązkowe spłaty. Następnie rzeczy „potrzebne” i na koniec przyjemności. Tym sposobem nie będziemy poświęcać swojej przyszłości na rzecz chwilowych przyjemności. Samo życie zmusi nas do racjonalnej oceny czy rzeczy potrzebne są naprawdę potrzebne a przyjemności naprawdę przyjemne. Jak zabraknie pieniędzy będziemy ich szukać w takiej właśnie ocenie – a nie w rezygnacji z oszczędności.

piątek, 26 lutego 2010
Nałogi

Tu dywagacje będą krótkie bo sprawa jest prosta. Nałogów nie warto mieć z wielu przyczyn – ale również finansowych. Pieniądze wydawane na nałogi to pieniądze wyrzucone w błoto. Nawet gorzej – za te pieniądze sobie szkodzimy, więc właściwie lepiej by było faktycznie te pieniądze wyrzucić. Rzucenie palenia pozwoli nam uwolnić znaczącą miesięcznie sumę, nie wspominając już o nałogach zupełnie rujnujących finansowo jak hazard czy alkoholizm.

Jak ktoś nie jest uzależniony, to może sobie z rozsądnego budżetu na rozrywkę wygospodarować trochę środków na alkohol czy wyroby tytoniowe (choć te drugie zazwyczaj mało kto konsumuje dla przyjemności jeśli nie jest nałogowcem). I nic poza tym.

Czy muszę kogoś przekonywać że nie warto wyrzucać pieniędzy?

Tagi: nałogi
13:13, marcinhorala
Link Dodaj komentarz »
środa, 24 lutego 2010
Tanie jedzenie

Podobno średni procent wydatków gospodarstw domowych na żywność świadczy o zamożności społeczeństwa – to znaczy im jesteśmy bogatsi tym procentowo mniejszą część naszych dochodów wydajemy na żywność. Z jednej strony właściwie każdy musi jeść żeby żyć – z drugiej strony jak się zaweźmie to zje dwa obiady, ale trzech czy pięciu nie zje. A konsumpcja na innych polach nie podlega takim naturalnym ograniczeniom, więc im większe środki do dyspozycji tym pewnie większy procent wydatków będzie stanowić. Ta swoista „sztywność” wydatków na jedzenie jest jednak bardzo względna. Mimo wszystko można na jedzeniu bardzo dużo zaoszczędzić, albo wręcz przeciwnie bardzo dużo na nie wydać.

Nie jestem tu jakimś szczególnym ekspertem więc nie będę się rozwodził ale jedna zasada aż bije w oczy – prawie w każdym przypadku jedzenie przyrządzone samemu jest kilkukrotnie tańsze od tego z restauracji/baru/bistro. W amerykańskiej blogosferze przejawia się motyw „brown bag lunch” w celu uniknięcia wydatków na jedzenie w pracy. Z moich obserwacji wynika, że w Polsce nieśmiertelne kanapki (i nieśmiertelny słoik z sałatką w dzień po świętach) trzymają się jeszcze mocno. To dobrze, bo chyba jednym z najgroźniejszych sposobów na wyrwanie dziury w budżecie jest nabycie nawyku codziennego kupowania czegoś do jedzenia w pracy.

Jeżeli miałbym dać jedną poradę dotyczącą oszczędzania na jedzeniu – to byłaby ona następująca: jak najwięcej jedz w domu, jedzenie własnoręcznie przygotowane z podstawowych składników. Im mniejszy własny nakład pracy w przetworzenie i przygotowanie jedzenia tym większa cena. Gdy jedzenie od początku do końca przygotował ktoś inny i jeszcze nam podał – będzie kilka-kilkanaście-kilkadziesiąt złotych droższe od takiego samego przygotowanego samodzielnie. Jedzenie poza domem powinno w ogóle zniknąć w naszej optyce z przegródki „jedzenie” i znaleźć się w przegródce „rozrywka”.

Jak już jemy poza domem to też warto pamiętać że zazwyczaj największa przebitka jest na napojach. W ogóle warto pomyśleć jak ograniczyć nieco ograniczyć rachunek w restauracji – na przykład rezygnując z butelki wina, deseru czy przystawek. Być może przyjemność będzie mniejsza niezauważalnie, za to rachunek – kilkukrotnie.

Odnośnie konkretnych przepisów na przygotowanie taniego i smacznego jedzenia w domu nie wypowiadam się bo się nie znam, może ktoś z czytelników coś zaproponuje albo podrzuci linka na ten temat?

Tagi: Jedzenie
13:15, marcinhorala
Link Komentarze (1) »
środa, 20 stycznia 2010
Jedno zadanie na raz

Nie da się łapać siedem srok za ogon a sześć profesji to siódma bieda. Podobno przysłowia są mądrością narodów, które innej mądrości nie mają – ale akurat nad tymi bym się zastanowił. W pracy nad własnymi finansami osobistymi zdecydowanie polecałbym podejście – jedno zadanie na raz.

A więc jeżeli chcemy na przykład nauczyć się zapisywać wszystkie wydatki to na razie nie przejmujmy się ich wysokością, nie starajmy się zmieniać zakupowych nawyków, budżetować itp. Dopiero kiedy po miesięcznym podsumowaniu nie będziemy mieli manka przyjdzie pora na dalsze etapy.

Taka koncentracja pozwoli nam na osiągnięcie psychologicznych korzyści z szybszej realizacji jednego konkretnego celu, oraz na uniknięcie poczucia beznadziei, gdy staramy się i staram a lista spraw do załatwienia w ogóle się nie skraca.

11:11, marcinhorala
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 8