RSS
poniedziałek, 30 listopada 2009
Na co nie tracę pieniędzy?

Nie tracę pieniędzy na papierosy. Po prostu i ja i żona nie palimy w ogóle i już.

Nie tracę pieniędzy na alkohol. Dawniej różnie bywało, ale teraz zmęczenie i brak czasu powodują że fizycznie nie jesteśmy w stanie za bardzo wypić więcej niż dwa-trzy piwa, kilka kieliszków wina czy kilka drinków. Nawalenie się jak stodoła w moim wypadku w ogóle nie wchodzi w grę bo raz że mam słaby żołądek więc jeszcze jestem trzeźwy jak świnia a już śpiewam do wielkiego ucha, dwa że jestem wiecznie niewyspany więc jak tylko troszkę więcej wypiję to zasypiam, trzy że często do późnych godzin wieczornych poruszam się samochodem. Perspektywa pobudki o szóstej rano i zajmowania się dziećmi na kacu też skutecznie odstrasza. W efekcie żyję życiem abstynenta a miesięczne wydatki gospodarstwa domowego na alkohol to nie więcej niż 20-30zł.

Nie tracę pieniędzy na ubrania. Potrzebuję garnituru na uroczyste okazje, marynarki do pracy, jednej pary w miarę porządnych spodni też do pracy, kilku koszul (zazwyczaj donaszam po teściu), kilku krawatów (z prezentów), półbutów w miarę eleganckich, jednej pary adidasów i jednej pary sandałów, kilka t-szirtów,, dwie bluzy, jedne dżinsy, bieliznę i kilka par skarpetek. Dorzućmy do tego kurtkę wiosenną i zimową i czapkę i jestem ubrany od stóp do głów. Wszystko noszę przez wiele lat, nic nie jest markowe a wiele rzeczy mam z ciucholandu. Właściwie nie pamiętam kiedy wydałem jakiś większy pieniądz na ubrania. Co ważne – również moja żona nie wydaje na ubrania sum na tyle dużych żebym był w stanie je odnotować i oddzielić od ogółu wydatków na życie. Choć czasem marudzi, że chodzi „ubrana jak kopciuch” jej dyscyplina w tych kwestiach (jakże różna od postawy większości kobiet) budzi moje głębokie uznanie i wdzięczność. Dzieci ubierają się właściwie wyłącznie w ubrania krążące po rodzinie i znajomych na zasadzie że jak dzieci wyrosną z jakichś ubrań to się je daje rodzinom z młodszymi dziećmi.

Nie tracę pieniędzy na kosmetyki. Mi w zupełności wystarczy: mydło, szampon, pianka do golenia, płyn po goleniu i dezodorant. Wszystko z najtańszych na rynku, a często z prezentów np. pod choinkę. Co ważne, aczkolwiek moja żona ma zdecydowanie więcej kosmetyków, to też nie wydaje na nie jakichś bajońskich sum.  Myślę że na pewno nie więcej niż 50 zł miesięcznie. Dobrze mieć taką żonę jak ja!

Nie tracę pieniędzy na kupowanie żywności i chemii po cenach detalicznych - choć z wyjątkami które opisałem w poprzednim wpisie. Większość tego rodzaju zaopatrzenia kupuję hurtowo po niskich cenach w Makro a w najgorszym wypadku w Tesco lub dyskontach.

A wy na co nie tracicie swoich pieniędzy?

12:41, marcinhorala
Link Komentarze (1) »
czwartek, 26 listopada 2009
Na co tracę pieniądze?

Przede wszystkim na szeroko pojętą działalność-społeczno polityczną. Od członkostwa w siedmiu różnych organizacjach (składki) przez wydatki na telefony, benzynę, domenę i miejsce na serwerze, brak czasu (i związane z tym wydatki jak np. jedzenie na mieście), wreszcie powtarzające się co najmniej raz na cztery lata liczone w tysiącach wydatki na kampanie wyborcze. Z drugiej strony będąc radnym otrzymuje diety, więc w tym sensie na mojej działalności też zarabiam. Zarobek jest jednak tylko pewną ewentualnością – w wyborach raz się jest na wozie raz pod wozem – a większość kosztów stała. Jako sposób na zarabianie pieniędzy mojego modelu działalności politycznej nie polecam (zdecydowanie lepiej być znajomym/pociotkiem osób wysoko postawionych i dostawać za bezdurno biorące miejsca na listach, posady w państwowych firmach itp.) ja jednak generalnie tą orkę na ugorze lubię i jest ona istotnym (choć nie najważniejszym) elementem poczucia spełnienia w życiu (choć są momenty kiedy mam serdecznie dosyć).

Jedzenie poza domem. Konieczność organizowania opieki dla małych dzieci zdecydowanie ograniczyła naszą z żoną aktywność restauracyjną do wyjścia raz na miesiąc-dwa. Niemniej nadal nie jest to rozrywka najtańsza. Do tego dochodzą znacznie częstsze (raz-dwa razy w tygodniu) fast foody w różnych okolicznościach (np. mamy wielką ochotę zamówić sobie wieczorem pizze, wpadam do McDonalda po drodze z pracy, bo wiem że przede mną seria spotkań tudzież posiedzeń i szansa na obiad w domu będzie po 21).

Zakupy w sklepach osiedlowych. Raz na miesiąc przywozimy bagażnik zakupów robionych hurtowo w Makro, jak się zdarzy potrzeba większych zakupów poza tym robimy je w Tesco – ale jednak czasem potrzebna jest jakaś pojedyncza rzecz w rodzaju kostki masła czy kilku plastrów sera i te kupujemy w sklepie osiedlowym a na osiedlu w promieniu spaceru mamy tylko Żabkę i delikatesy, w obu ceny dość zawyżone.

Posiadam samochód i nim jeżdżę do pracy (a do niedawna mieliśmy dwa samochody i za jakiś czas planujemy znów mieć). Samochód to worek na pieniądze bez dna. Żyjemy w mieście o przyzwoitym poziomie komunikacji masowej i dałoby się żyć korzystając tylko z niej. Ale na przykład dojazd do pracy zamiast ok. 15 minut zająłby mi ok. 40 min. w jedną stronę i w ogóle jeszcze więcej czasu spędzałbym poza domem. A czas to zasób, którego mi brakuje najbardziej, no i rodzina też potrzebuje ojca choć czasami w domu.

Młodsza córka (9 miesięcy) je gotowe potrawy ze słoiczków i sika w pieluchy jednorazowe. Teoretycznie można by gotować i miksować samorobne posiłki oraz prać i prasować pieluchy tetrowe – ale ja na to nie mam czasu a i żona ma na tyle dużo zajęć, że nie miałbym sumienia tego od niej wymagać.

Czasami zdarza mi się zagrać w totolotka albo loterię-zdrapkę. Wydaję na to drobne kwoty, na pewno nie więcej niż 20 złotych miesięcznie (czasem nic). Po prostu lubię sobie dokonywać różnych obliczeń co bym kupił przy jakiej stopie zwrotu byłoby dość żeby żyć jak rentier itp. Takie marzenia bez podkładki w postaci czasami kupowanego losu byłyby bezsensowne.

Czasami kupuję sobie książkę mimo iż można znacznie taniej czytać e-booki lub korzystać z darmowej biblioteki. Niestety od małego mam jakiś wstręt do bibliotek. Czytanie książki, trzymanie w rękach książki jako przedmiotu jest dla mnie wręcz zmysłową przyjemnością – i ksiązka obłożona w ceratę którą nie wiadomo kto dotykał brudnymi łapskami nie daje takiej satysfakcji. Tym bardziej czytanie z ekranu laptopa, tym bardziej że z laptopem jest bardzo niewygodnie w łóżku tudzież tam gdzie król chodzi piechotą.

Żonka lubi gotować takie wymyślniejsze potrawy, powiedziałbym na poziomie „restauracyjnym” to wymaga czasami drogich składników i przypraw. Niemniej efekt jest tego warty. Niestety z braku czasu ostatnio czyni to bardzo rzadko.

Mamy bardzo porządne rowery, zdecydowanie za dobre jak na aktualną częstotliwość korzystania z nich. To też efekt hobby żony, którego ze względu na potencjalne korzyści prozdrowotne staram się nie tłamsić.

A na co Wy tracicie swoje pieniądze?

13:46, marcinhorala
Link Komentarze (4) »
czwartek, 12 listopada 2009
Buforowanie podwyżek

To element unikania inflacji stylu życia (czyli sytuacji w której wraz z wzrostem dochodów automatycznie zwiększa nam się bieżąca konsumpcja – i mimo że zarabiamy coraz więcej i tak wszystko rozchodzi się „na życie”).

No więc kiedy zdarzy się nam podwyżka (szeroko rozumiana – jako jakiekolwiek stałe zwiększenie dochodów) to natychmiast o jej kwotę zwiększamy nasz miesięczny przelew na oszczędności ustawiony do realizacji na dzień po wpłynięciu pensji na konto. Jeżeli żyliśmy do tej pory za X złotych miesięcznie to spokojnie możemy żyć dalej za ten sam X. Ekstra kasa pozwoli nam natomiast szybciej osiągnąć nasze finansowe cele. Jednocześnie im większy sobie zbudujemy taki bufor tym bardziej bezboleśnie przeżyjemy później ewentualne obniżki pensji czy nawet utratę pracy przez jednego z członków rodziny.

Jeżeli to jest podejście zbyt maksymalistyczne to można też zastosować podejście częściowe. Na przykład zasadę że opóźniamy podwyżki o pół roku – to znaczy przez pół roku wpłacanymi kwotę podwyżki na oszczędności, a dopiero po tym czasie możemy ją włączyć do budżetu konsumpcyjnego. Albo przyznanie „sobie” tylko połowy kwoty podwyżki a automatyczne oszczędzanie drugiej połowy. Najlepiej i jedno i drugie.

14:09, marcinhorala
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 05 listopada 2009
Donald Tusk na prezydenta (kosztem Twojej emerytury)

Za krótki komentarz do proponowanych planów rządu zabrania ponad połowy naszych składek z OFE niech posłużą dwie sentencje:  „Nie ma takiego okrucieństwa ani takiej niesprawiedliwości, której nie mógłby popełnić skądinąd łagodny i liberalny rząd - jeśli zabraknie mu pieniędzy” (Alexis de Tocqueville) oraz „Niczyje zdrowie, wolność ani mienie nie jest bezpieczne kiedy obraduje parlament” (Mark Twain).

Przy wszystkich wadach OFE dzięki nim przynajmniej część pieniędzy na nasze emerytury nie jest na bieżąco przejadana… No więc trzeba było się do nich dobrać, bo inaczej trzeba by np. wstrzymać podwyżki dla budżetówki. A to by mogło zagrozić kwestii absolutnie strategicznej dla polskiej racji stanu – wygraniu przez Donka wyborów prezydenckich. A że przez to za kilkanaście-kilkadziesiąt lat deficyt Funduszu Ubezpieczeń Społecznych będzie jeszcze większy? A kto by się tym przejmował, to już będzie po kadencjach prezydenckich Donka.

Nie głosowałem na PO, ale szczerze mówiąc gdy wygrali wybory miałem nadzieję że chociaż polityka gospodarcza będzie w miarę sensowna. Nadzieja matką głupich.

14:26, marcinhorala
Link Komentarze (1) »
Pamiętaj o celu

Tak naprawdę istotą oszczędzania jest odłożenie gratyfikacji w czasie. Gdyby kogoś spytać się czy woli trzy stare telewizory, dwie wieże stereo, rower, narty, trzydzieści obiadów w restauracji i szafę markowych ciuchów oraz biedowanie na emeryturze czy może woli tych rzeczy nie mieć a na emeryturze żyć godnie – pewnie każdy wybrałby ten drugi wariant.

Ktoś kiedyś zauważył, że gdyby ból pojawiał się po pół roku, ludzie wbijając gwoździe znacznie częściej uderzaliby się młotkiem w palec. Podobnie rzecz ma się z oszczędnością. Cel na który oszczędzamy – emerytura, przyszłość dzieci, niezależność finansowa, mieszkanie, nowy samochód – jest oddalony w czasie. Tymczasem radość z batonika, obiadu, plazmowego telewizora, czy też tego samego nowego samochodu na kredyt jest natychmiastowa. Dlatego niestety często wybieramy rozwiązanie obiektywnie gorsze, ale dające szybszą przyjemność.

Swego czasu pracowałem przez kilka miesięcy w banku specjalizującym się w udzielaniu szybkich pożyczek konsumpcyjnych. Dokładnie tego uczono nas na szkoleniach ze sprzedaży – rozbudzania pożądania natychmiastowej gratyfikacji. Pamiętam dokładnie że mieliśmy w rozmowie z klientem wybadać na co potrzebne mu są pieniądze i kusić słowami w rodzaju: „proszę sobie wyobrazić, że już jutro mógłby Pan się cieszyć nowym telewizorem”.

Dlatego – i tę technikę również powszechnie wykorzystuje się w sprzedaży, tym razem po to aby motywować sprzedawców do tej niewdzięcznej pracy – warto stale utrzymywać w pamięci cel na który oszczędzamy. Warto przed każdym wątpliwym zakupem powtarzać sobie pytanie „czy wolę nową komórkę, spodnie, obiad w restauracji czy …… (i tu wstawiamy cel na który chcemy oszczędzać). Możemy nawet – i to również zagranie z arsenału motywatorów pracowników sprzedaży – cel sobie wizualizować, przyklejając sobie na lodówce albo na lustrze w łazience zdjęcie „naszego” domku, zdjęcia naszych dzieci z doklejonymi uniwersyteckimi togami czy też nas na leżaku pod palmami.

13:07, marcinhorala
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 03 listopada 2009
Jak sprzedawać i kupować mieszkanie?

Niemal rok temu kupowałem mieszkanie, spróbuję tu zebrać zdobyte wówczas doświadczenia.

Zanim w ogóle się zabierzemy do zmiany mieszkania musimy dobrze znać rynek. Musimy wiedzieć na pierwszy rzut oka czy dana oferta jest dobra czy nie, czy mamy do czynienia z okazją, którą trzeba chwytać – czy może trzeba ponegocjować czy od razu lepiej sobie odpuścić. Po prostu raz na kilka dni wchodzimy na portale z ogłoszeniami i zadajemy kryteria szukania odpowiadające naszemu mieszkaniu oraz mniej-więcej mieszkaniu jakie zamierzamy kupić. Jak coś w miarę spełnia nasze kryteria umawiamy się na obejrzenie. Po kilku miesiącach takiego sprawdzania będziemy niezłymi ekspertami-amatorami w interesującym nas segmencie rynku nieruchomości.

Musimy wbić sobie do głowy ważną zasadę: na rynku nieruchomości nie ma spraw nie podlegających negocjacji. Nawiasem mówiąc dla mnie osobiście to bardzo zła wiadomość bo nie cierpię się targować. Ale trudno, trzeba się przemóc. Sprzedający na pewno wliczyli do swojej oferty co najmniej parę tysięcy ekstra ponad cenę jaką naprawdę chcą uzyskać – i głupio byłoby zapłacić te niepotrzebne kilka tysięcy. Pośrednik też na pewno zejdzie o pół procent albo i cały ze swojej prowizji, trzeba tylko o to poprosić. I w drugą stronę – jeżeli sprzedajemy mieszkanie potencjalni kupujący na pewno będą chcieli się potargować i lepiej od razu doliczyć te kilka tysięcy więcej do początkowej ceny żeby mieć z czego schodzić. A może trafi się jakiś frajer co zapłaci cenę bez targowania?

A właśnie, jak już przy tym jesteśmy to czy warto korzystać z usług agencji pośrednictwa nieruchomości? Jeżeli chodzi o kupno to moim zdaniem warto. Kupując ryzykujemy znacznie więcej niż sprzedając. Przy sprzedaży dostajemy kasę i na tym kończy się nasz udział w transakcji. Kupując sprawiamy sobie mieszkanie na lata (kto wie, może dziesiątki lat) i dziesiątki lat mogą nam zatruwać życie związane z mieszkaniem kłopoty. Dlatego warto odżałować kasę na pośrednika, który będąc zawodowcem w tej dziedzinie zawczasu wszystko nam sprawdzi. Co do sprzedaży to możemy sobie pozwolić na działanie samodzielne – wystarczy umieścić ogłoszenie w kilku serwisach internetowych i ewentualnie gazetach. Większe ryzyko leży po stronie kupującego. Natomiast musimy się liczyć z tym, że reprezentujące kupujących agencje będą próbowały wymusić na nas podpisanie umowy z nimi. Dlatego być może warto również przy sprzedaży skorzystać z usług agencji, żeby – skoro i tak pewnie jakaś agencja nam się wciśnie – była to agencja stojąca wyłącznie po naszej stronie i kierująca się naszym interesem.

Podobnie jak w wypadku rynku nieruchomości musimy zdobyć wiedzę na rynku finansowym. Po prostu wiedząc z grubsza jakiego kredytu będziemy potrzebowali zebrać oferty kilkunastu banków i porównać. To jest przypadek, w którym przydatny może się okazać doradca finansowy, który tą pracę wykona za nas. Mając porównanie kilkunastu ofert będziemy  stanie łatwo określić co jest korzystną propozycją a co bezczelnym złodziejstwem. Przy wieloletnim kredycie hipotecznym różnice mogą wynosić dziesiątki tysięcy złotych więc naprawdę warto poświęcić trochę czasu na analizę możliwości – a potem oczywiście negocjować. Oczywiście zdecydowanie odradzam kupowanie nieruchomości w 100% na kredyt. Wkład własny pozwoli nam na uzyskanie znacznie korzystniejszych warunków i większy wybór ofert – a dyscyplina nabrana przy zbieraniu na wkład znakomicie się przyda przy spłacie kredytu. Czasy gdy ceny nieruchomości rosły o dwucyfrowy procent co roku odeszły już do przeszłości, więc jeśli kogoś sytuacja życiowa bezwzględnie nie zmusza do kupna to można spokojnie trochę poczekać.

Przed pokazywaniem mieszkania potencjalnym kupcom warto je trochę ogarnąć. Nie chodzi tu o nic kosztownego, maksymalnie odmalowanie ścian. Absolutne minimum to posprzątanie. Potencjalni kupcy muszę się po prostu dobrze u nas czuć. Za kilka dni być może to bliżej niesprecyzowane dobre lub złe wrażenie będzie jedynym co będą pamiętać po kilkunastu mieszkaniach, które obejrzeli.

Przy kupowaniu klasyczną i ciągle aktualną poradą jest kierowanie się takimi cechami mieszkania, których nie można zmienić. A więc po pierwsze lokalizacja, ta jest najważniejsza i za nią przede wszystkim się płaci. Na wygranej pozycji są osoby które z różnych przyczyn (sentyment, miejsce pracy) szukają mieszkania w lokalizacji uważanej przez innych za nieatrakcyjną. Po drugie rozmiar i rozkład mieszania oraz ewentualnie orientacja względem stron świata (choć ja akurat na to nie zwracam uwagi, w orientacji mieszkania w którym mieszkałem kilkanaście lat stałem się biegły dopiero poprzez nieustanne odpowiadanie na pytania potencjalnych kupców). Dalej stan techniczny kluczowych instalacji – bo ich naprawy/wymiany potrafią być bardzo kosztowne i kłopotliwe, nie wspominając o skutkach ewentualnych awarii. Dopiero na ostatnim miejscu wrażenie estetyczne – bo te bardzo łatwo zmienić, nieraz przemalowanie ścian na inny kolor wystarczy.

Oczywiście – choć nie jest to warunek skreślający skądinąd dobrą ofertę – podpisując umowę przedwstępną na kupno powinniśmy unikać zadatku a jak się da to go minimalizować. Zadatek, w przeciwieństwie do zaliczki, jest bezzwrotny a nigdy nie wiadomo jakie niespodzianki przyniesie nam życie przed podpisaniem umowy. Z kolej przy sprzedaży oczywiście odwrotnie – im większy zadatek uda się wynegocjować tym lepiej.

To tylko garść porad laika, który niedawno kupował i sprzedawał mieszkanie. Może ktoś dorzuci w komentarzach coś ciekawego?

10:01, marcinhorala
Link Komentarze (1) »