RSS
czwartek, 31 grudnia 2009
Moja inflacja stylu życia

Nie wiem czy wiecie, ale 8 lat temu w pewnym sensie byłem znacznie bogatszy. Bo przecież bogatszy jest ktoś kto ma zarobki X a koszty stałe 1/2 X dzięki czemu może 1/2 X przeznaczyć na swoje przyjemności - niż ktoś kto zarabia 2X ale koszty stałe ma też dwa X i na przyjemności nic mu nie zostanie.

No więc 8 lat temu nie miałem mieszkania (mieszkałem z mamą), nie miałem pracy, jeździłem starym dużym fiatem. Miałem stypendium na studiach i udzielałem korepetycji.

Na swoje przyjemności miałem ok. 500 zł miesięcznie.

Teraz mam mieszkanie spółdzielcze własnościowe o pow. 67m2 (obciążone kredytem w wysokości mniej-więcej połowy wartości), mam niezłą pracę i jestem radnym miasta. Mam żonę i dwójkę dzieci. Jeżdżę VW Golfem rocznik 01.

Na swoje przyjemności wydaję miesięcznie nie więcej niż 200PLN a nieraz nic.

Tak działa inflacja stylu życia. W pewnym sensie 8 lat temu byłem bogatszy. Aczkolwiek tylko w aspekcie finansowym a on zdecydowanie nie jest w życiu najważniejszy.

wtorek, 08 grudnia 2009
Jak (nie)remontować mieszkanie/dom

Po udanej operacji kupna-sprzedaży mieszkania (a właściwie w jej trakcie) przyszło mi zająć się remontem nowo nabytej posiadłości (caaaałe 67 m2). Niestety remont ów trudno ocenić jako udany, ale że najlepiej uczyć się na cudzych błędach spiszę tu moje doświadczenia innym ku pomocy.

Nie dokonuj remontu pod presją czasu. Ja akurat robiłem zupełnie odwrotnie. Miałem miesiąc na opuszczenie wcześniejszego lokum, a nie chciałem mieszkać razem z ekipą remontową. W dodatku miałem półtora miesiąca do powiększenia się rodziny, a już zdecydowanie nie chciałbym mieszkać z noworodkiem i ekipą remontową. Remontowanie pod ogromną presją czasu powoduje, że po pierwsze zmuszeni jesteśmy kupować materiały droższe i nie do końca nam odpowiadające – byle tylko były dostępne od ręki. Po drugie nasza ekipa remontowa ma wyśmienitą wymówkę jak nie chce czegoś robić – po prostu powie, że to zajmie dodatkowe parę dni. W dodatku nie możemy ekipy zdyscyplinować, zagrozić zakończeniem współpracy (bo nie damy rady znaleźć nowej na czas), nie możemy zmniejszyć kosztów robiąc coś we własnym zakresie, wreszcie jesteśmy znacznie bardziej tolerancyjni wobec ewentualnych usterek i niedoróbek. Zdecydowanie lepiej mieć na remont kilka miesięcy i wszystko robić spokojnie i powoli. Inna sprawa, że rzadko mamy taką możliwość, no chyba, że lubimy mieszkać na placu budowy.

Solidne polecenie od godnej zaufania osoby to zdecydowanie podstawa przy wyborze ekipy wykonującej remont. Ja na przykład zdecydowałem się na ekipę polecaną przez szefową biura pośrednictwa nieruchomości, z którego usług byłem bardzo zadowolony. Niestety okazało się, że szefem ekipy był narzeczony polecającej, co spowodowało zdecydowany brak obiektywizmu w jej sądach. A że wbrew radzie z akapitu powyżej działałem pod presją czasu na zmiany było za późno.

Bez względu na to, jak zaufana i znajoma jest ekipa lepiej mieć wszystko na piśmie. Nie musi to być nawet jakaś super sformalizowana umowa. Po prostu spisane co, jak, gdzie ma być zrobione, oraz oczywiście w jakim terminie i za ile – pod czym podpisują się obydwie strony. Nawet zakładając obopólną dobrą wolę musimy pamiętać, że pamięć ludzka jest zawodna. Taki spisany plan pozwoli nam racjonalnie rozłożyć w czasie niezbędne zakupy, ocenić czy prace odbywają się terminowo (mnie kepia cały czas zapewniała że spokojnie, wszystko jest na czas – żeby na kilka dni przed terminem zakończenia robót wyskoczyć z dwutygodniowym opóźnieniem), wreszcie zaznaczyć na piśmie wszelkie zmiany planów w trakcie robót (ulubione tłumaczenie remonciarzy dla przekroczenia terminów i kosztów).

Zdecydowanie nie warto „odpuszczać” wykonującym remont. Jest to równia pochyła, zazwyczaj wówczas będą działać na zasadzie, że jak dostali palec to będą chcieli całą resztę. Jak raz i drugi będą musieli coś robić drugi raz tak, żeby było zrobione w 100% dobrze to za trzecim razem zrobią na 100% dobrze już za pierwszym razem. Natomiast jak machniemy raz i drugi ręką na zasadzie „tej szczeliny prawie nie widać/ ta plamka mi wcale nie przeszkadza” to szczeliny, plamki i inne niedoróbki zaczną w magiczny sposób się mnożyć.

O ile nie warto „odpuszczać” remontującym nam mieszkanie majstrom o tyle zdecydowanie warto odpuścić sobie trochę z naszych ambicji. To wszystko co starają się nam sprzedać to są tylko kafelki, deski, farby, meble i nic poza tym. Nie staniemy się od tego lepszymi ludźmi, nie będziemy szczęśliwsi ani inni nie otoczą nas większym szacunkiem dlatego że będziemy mieli w łazience oryginalne zagraniczne super-hiper kafelki po 150 złotych za metr. Zdradzę tajemnice – większość ludzi w ogólnie nie będzie w stanie zauważyć różnicy pomiędzy nimi a kafelkami trzy razy tańszymi. To się odnosi do wszystkiego. Kupujmy rzeczy solidne i gwarantujące przyzwoitą wytrzymałość przez lata – i nic poza tym. Kwoty jakie można utopić w remont i wyposażenie mieszkania są praktycznie nieskończone, i naprawdę nie warto „więzić” w jego murach kilku fajnych wakacji, nowego samochodu i dużego kawałka swojej emerytury.

Nie warto zbytnio spoufalać się z pracującymi dla nas fachowcami. Relacje lepiej mieć uprzejme, ale na dystans. To, że hydraulik przestanie dla nas być hydraulikiem a stanie się Zdziśkiem, z którym wypiliśmy piwko po robocie i pogadaliśmy o naszych rodzinach może nas potem tylko przyprawiać o szkodliwe skrupuły, gdy trzeba będzie twardo egzekwować wywiązywanie się z umów. Łatwiej potrącić za opóźnienie hydraulikowi niż Zdziśkowi, któremu choruje dziecko a żona straciła pracę. Tym bardziej, że – idę o zakład – na analogiczne skrupuły i wyrozumiałość ze strony Zdziśka liczyć nie będziemy mogli.

Oczywiście super jeżeli chociaż część prac uda się wykonać samemu. Można w ten sposób zaoszczędzić masę pieniędzy. Konieczny jest jednak realizm w ocenie własnych umiejętności oraz możliwości czasowych. Brak realizmu w ocenie umiejętności może prowadzić do bardzo kosztownych błędów. Z kolej przecenienie możliwości czasowych może spowodować, iż stan długotrwałego permanentnego remontu całkowicie odbierze nam radość życia.

środa, 02 grudnia 2009
Po co fundusze rynku pieniężnego?

Korzystam z supermarketu funduszy inwestycyjnych mBanku i jedną z występujących tam kategorii są fundusze rynku pieniężnego. Oferują one stałą, ale bardzo niską stopę zwrotu. I tu moje pytanie: po jakiego grzyba miałbym trzymać tam swoją kasę (i płacić za to prowizję)? Przecież nawet w okresie niskich stóp procentowych można znaleźć lokaty i konta oszczędnościowe na wyraźnie większy procent. Czy ktoś jest w stanie to mi wytłumaczyć?

11:36, marcinhorala
Link Komentarze (5) »