RSS
środa, 29 kwietnia 2009
Na co idą prowizje funduszy inwestycyjnych?

Przekonałem się właśnie na własnej skórze na co. Na wysyłanie listów.

 

Historia zaczyna się od tego, że zmieniła mi się koncepcja portfolio inwestycyjnego przeznaczonego na przyszłość moich córek. W związku z tym musiałem je zrebalansować. Jak pomyślałem tak zrobiłem, dokonując konwersji jednostek jednego funduszu zarządzanego przez firmę Legg Mason na jednostki trzech innych funduszy tejże firmy (dzięki czemu uniknąłem zapłacenia podatku Belki od osiągniętych do tej pory zysków).

 

Dokonywałem tych operacji za pomocą supermarketu funduszy inwestycyjnych mBanku, którego to oprogramowanie wymagało rozbicia operacji na trzy niezależne konwersje. Te trzy zlecenia złożyłem bezpośrednio jedno po drugim.

 

Kilka dni później znalazłem w mojej skrzynce pocztowej plik kopert prezentowany na zdjęciu.

koperty

 

Otóż Legg Mason każdą z trzech konwersji rozbił na oddzielną operację umorzenia i nabycia jednostek, dla każdej wydrukował oddzielne potwierdzenie, zapakował w oddzielną kopertę i do mnie wysłał (żeby było śmieszniej, najwyraźniej jedna z sześciu kopert gdzieś zaginęła w akcji, bo do mnie dotarło tylko pięć).

 

Jakby ktoś się zastanawiał czemu stałe prowizje za zarządzanie polskich funduszy inwestycyjnych są tak wysokie (widziałem nawet sięgające 5%) to już wie – za coś trzeba te miliony kopert rozsyłać J

10:35, marcinhorala
Link Komentarze (3) »
czwartek, 23 kwietnia 2009
Uczmy się od naszych babć!

Nie wiem czy to zauważyliście ale dla mnie swoistym fenomenem finansów osobistych jest pokolenie 70+. Pokolenie mojej babci (no może trochę młodsze bo gdy piszę te słowa moja babcia ma akurat 96 lat). Są to zazwyczaj starsze panie, żyjące z emerytury w wysokości tysiąc PLN z niewielkim hakiem – i dające radę nie tylko za taką kwotę utrzymać gospodarstwo domowe, ale często i jeszcze oszczędzić czy wspomóc finansowo wnuki.

To jest fenomen pokolenia pamiętającego wojnę - czasem jeszcze czasy przedwojennej biedy - i dzięki temu podkładowi nie zdemoralizowane w swoich nawykach finansowych przez lata komunizmu. Zazwyczaj przez całe życie na tych swoich nawykach przegrywały w warunkach nienormalnej gospodarki – na przykład ciułane z trudem pieniądze zżarła im w 89 inflacja. Ale teraz jest ich chwila triumfu. W warunkach w miarę normalnej gospodarki przedwojenne nawyki finansowe – oszczędność, skromność, szanowanie rzeczy, robienie zapasów, unikanie zadłużenia wreszcie są na powrót racjonalne i opłacalne. I tym sposobem babcia na głodowej emeryturze potrafi wygospodarować skromne nadwyżki żeby wspomóc zarabiającego znacznie lepiej ale tonącego w długach wnuczka lub wiadome radio.

Jeżeli więc mamy w rodzinie taką osobę to warto spojrzeć na nią jak na skarb. To depozytariusze praktycznej wiedzy której nie posiada ani pokolenie rodziców wychowanych w komunistycznej księżycowej gospodarce, ani dzieci wrzuconych prosto z turbulencji transformacji do dekadenckiego kapitalizmu na karcie kredytowej.

Oczywiście żeby nie było zbyt różowo musimy też pamiętać o błędach, które babcie dość często popełniają. Na przykład:

1. Słusznie wolą kupić droższą porządną rzecz niż taniochę, ale niestety często dają się nabrać na rzeczy drogie i udające dobrą jakość – często traktują samą wyższą cenę jako dowód na wyższą jakość.

2. Są często bezbronne wobec marketingu bezpośredniego (sztuczki marketingu bezpośredniego plus wizerunek wysokiej ceny za dobrą jakość = sukces Zeptera i wielu naśladowców).

3. Są zbyt przywiązane do tradycyjnej marki (jak konto to w PKO mimo wysokich opłat i niskiego oprocentowania, jak płyn do mycia naczyń to Ludwik mimo że tylko trochę gorsze płyny bywają trzy razy tańsze i tak dalej).

4. Mają za duże zaufanie do określonego typu ludzi – takich uprzejmych, w garniturze, pracujących w poważnej instytucji.

5. Mają opory (choć ostatnio – coraz rzadsze) w korzystaniu z nowoczesnych technologii, stąd na przykład nie korzystają z korzyści jakie daje bankowość on-line.

6. Mają tendencję do zbyt konserwatywnych zachowań inwestycyjnych – tzn. dla osób od wielu lat na emeryturze nie są one zbyt konserwatywne bo mają krótki horyzont inwestycyjny. Dla nich trzymanie prawie wszystkich środków na lokacie ma sens – ale dla nas (osób mających jeszcze sporo lat do emerytury) jest to strategia niezbyt rozsądna (chyba że ktoś lubi jak mu oszczędności zjada inflacja).

Pamiętajmy więc, że nie powinna to być nauka bezkrytyczna i bezrefleksyjna – ale generalnie rzecz biorąc uczmy się od naszych babć.

14:31, marcinhorala
Link Komentarze (1) »
sobota, 11 kwietnia 2009
Sam sobie zwiększ ratę

Tym razem mała, ale przydatna porada pomocna w spłacaniu kredytu hipotecznego. Mam taką propozycję: zawyżmy swoje miesięczne raty. 

Cały trik polega na tym, że cała operacja ma być niezauważalna dla naszego portfela. Nie mówię więc tu o jakichś drastycznych zawyżeniach. Niech to będzie 50 zł. Albo na przykład  zgrabne zaokrąglenie. Rata naszego kredytu wynosi 725 złotych? Załóżmy że płacimy co miesiąc 800… 

…tylko że oczywiście te dodatkowe 75 złotych nie płacimy bankowi tylko sobie. Zbierajmy te nadpłaty sobie w jakimś oddzielnym miejscu – może to być konto oszczędnościowe, może być i świnka-skarbonka. Dlaczego warto? 

1. W ten sposób niejako automatycznie i niezauważalnie – a więc bezboleśnie dla komfortu życia – powoli bo powoli, ale jednak zwiększamy nasze oszczędności.

2. Budowany fundusz jest dla nas dodatkowym ubezpieczeniem spłaty kredytu, na wypadek utraty pracy lub jakiejś innej finansowej sytuacji podbramkowej – z czasem będzie w stanie sfinansować nam jedną-dwie raty kredytu zanim będziemy musieli sięgnąć do innych źródeł. Taka nasza własna, malutka, poduszka finansowa. 

3. Kiedy z czasem odłoży się nam kilka tysięcy możemy je wykorzystać do wcześniejszej częściowej spłaty kredytu. Przy odrobinie szczęścia (i mądrego wybierania kredytu) nie będzie to obciążane dodatkową prowizją – ale nawet jeśli będzie, to nadal warto. Dlaczego? Ze względu na długi okres, na który bierzemy kredyt hipoteczny, przez wiele lat większość naszych miesięcznych rat idzie na spłatę odsetek (zwłaszcza przy równych ratach). To powoduje, że przez długie lata spłaty kredytu kapitał, który jesteśmy winni, stosunkowo nieznacznie się zmniejsza – a więc nadal generuje wysokie odsetki. W związku z czym nadal spłacamy głównie odsetki a nie kapitał. Błędny krąg. Aby się z niego wyrwać warto raz na jakiś czas dokonać choćby kilkutysięcznej dodatkowej spłaty – bo taką spłatą spłacamy sam kapitał.

 

4. Ważne dla kredytów w walucie obcej – budujemy sobie bufor na wypadek ryzyka kursowego. Jeżeli nasza miesięczna rata wynosi 725, jesteśmy przyzwyczajeni do życia z ratą w wysokości 800. Jeżeli więc w wyniku zmiany kursu waluty w której braliśmy kredyt rata wzrośnie o sumę do 75 złotych nie odczujemy tego w ogóle. A jeżeli wzrośnie o 150, to subiektywnie nasz domowy budżet „odczuje” wzrost tylko o 75 złotych.

17:01, marcinhorala
Link Komentarze (1) »