RSS
czwartek, 28 maja 2009
Co rodzice są winni swoim dzieciom?

Sam pod względem finansowym bardzo wiele zawdzięczam mojej Mamie, dzięki Niej wystartowałem w dorosłe życie kilka długości przed większością moich rówieśników. Konieczność analogicznej pomocy mam więc w genach i pomimo iż moje córeczki są jeszcze bardzo małe (2 lata i 4 miesiące) już teraz zacząłem poważnie oszczędzać na ich przyszłość.  

Z drugiej strony jednak w angielskiej blogosferze co rusz przejawiają się artykuły o tym jak osoby, którym kasa spadła z nieba (dostali/odziedziczyli/wygrali) gorzej sobie radzą finansowo od tych którzy musieli na nią zapracować – więc w sumie obdarowani lepiej by na tym wyszli gdyby nic nie dostali. 

Na ile więc rodzice powinni finansowo pomagać dzieciom, czy są w ogóle swoim dzieciom coś winni? Pomyślawszy trochę na ten temat pozwoliłem sobie zebrać poniższą listę priorytetów. Jest ona usystematyzowana pod względem hierarchii ważności, czyli że nie należy np. realizować pkt. 4 jeżeli miałoby to zagrozić realizacji pkt. 1: 

1. Rodzice powinni przede wszystkim zabezpieczyć swoją własną starość tak aby nie stanowili w przyszłości obciążenia dla swoich dzieci. Zgromadzić majątek i zdobyć dochody (emeryturę przede wszystkim) pozwalające na samodzielne utrzymanie na choćby minimalnym poziomie. Zgodnie z zasadą „po pierwsze nie szkodzić”. Co z tego że dziś damy coś-tam naszym dzieciom, jeżeli za dwadzieścia lat będziemy do nich wyciągać rękę co miesiąc żeby nie głodować, albo co gorsza zwalimy im się na głowę bo nie będzie nas stać na utrzymanie własnego mieszkania.

2. Rodzice powinni przekazać dzieciom dobre nawyki finansowe, nauczyć oszczędności, odkładania w czasie gratyfikacji. Nauczyć, bo niestety szkoły tego nie uczą, jak korzystać z konta, czym jest karta kredytowa i czym się różni od debetowej i tak dalej. Dlatego jestem gorącym zwolennikiem kieszonkowego, u nastolatków obsługiwanego za pomocą własnego konta.

3. Każdy – nie tylko rodzice – powinien dokonać rozporządzeń na wypadek śmierci (w formie testamentu lub darowizn jeszcze za życia) w sposób całkowicie jasny, klarowny i niemożliwy do podważenia. Kto tego nie czyni funduje swojej rodzinie niebezpieczeństwo destrukcyjnych konfliktów o podział majątku (które potrafią skłócić na śmierć i życie).

4. Rodzice powinni sfinansować dzieciom nabywanie umiejętności i korzystanie z szans pozwalających w późniejszym wieku na własne utrzymanie. A więc przede wszystkim finansować edukację, nie żałować na korepetycję i naukę języków, bo dziecko w wieku szkolnym nie ma możliwości inaczej sobie na nie pozwolić. W następnym kroku dopomóc w zdobyciu wyższego wykształcenia, specyficznych uprawnień zawodowych, albo rozkręceniu własnego biznesu – ale to już w miarę możliwości, może w formie „dołożenia się” lub korzystnej pożyczki, bo raz że to już sprawy bardziej kosztowne, a dwa że starsze już dzieci mają możliwość przynajmniej częściowego zarobienia na te cele własną pracą.

5. Jeżeli w rodzinie występują osoby niezaradne z natury lub z powodu wieku lub stanu zdrowia (np. dziadkowie) i wymagające w związku z tym wsparcia finansowego rodzice bardzo pomogą możliwie długo utrzymując te obowiązki na swoich barkach żeby nie przygniotły dopiero dorabiających się dzieci.

6. Jeżeli wkraczające w dorosłość dzieci oszczędzają na jakiś godny wsparcia cel – własne mieszkanie, edukację, własny biznes – bardzo duża a jednocześnie stosunkowo dostępną formą wsparcia jest po prostu pozwolenie na dłuższe zamieszkiwanie w domu rodzinnym a więc darmowy lub bardzo tani dach nad głową i wikt, który pozwoli np. na szybkie oszczędzenie na wkład własny do kredytu na mieszkanie, bez marnowania pieniędzy na czynsz na wynajem.

7. Ostatecznie, jeżeli środki na to pozwolą (a wszystkie powyższe cele są już zrealizowane) rodzice mogą zapewnić dziecku start kilka długości do przodu dając mu całość lub część środków na podstawowe mieszkanie. Wynajem lub konieczność płacenia drakońskich rat kredytu upośledzają możliwości finansowe rodziny na długie, długie lata i powodują, że często dopiero po czterdziestce ludzie są zdolni zacząć poważnie odkładać na własną starość czy też inne cele. Zdjęcie takiego brzemienia na starcie w dorosłość ma ogromne znaczenie.

Wszystko powyższe musi być oczywiście realizowane z dużą ostrożnością i obserwacją skutków bo na pewno lepiej nie zostawić dzieciom żadnych pieniędzy a zostawić nawyki i umiejętności pozwalające do pieniędzy dojść – niż zostawić dziecko z mieszkaniem czy też innymi dobrami w pakiecie z postawą roszczeniową i wyuczoną bezradnością.

wtorek, 26 maja 2009
Czy mBank próbuje naciąć starych klientów?

Od kilku lat jestem stałym - i osobiście zadowolonym - klientem mBanku. Niestety zanosi się na to, że bank zarobi ode mnie żółtą kartkę.

Co widzimy dziwnego na powyższym obrazku (aktualna tabela oprocentowania lokat w mBanku)? Dość strakcyjne lokaty 2,4 i 12 miesięczne (zaznaczone na czerwono) i niezbyt atrakcyjne lokaty 3,6 i 9 miesięczne. Brak jakiejkolwiek logiki. Jeżeli bank obstawia że w przyszłości stopy spadną to oprocentowanie lokat powinno spadać wraz z ich długością - jeżeli obstawia że wzrosną to odwrotnie. Tymczasem tutaj oprocentowanie fluktuuje raz spadając raz rosnąc.

Tymczasem lokaty 2 i 4 miesięczne są w ofercie banku nowe. Wcześniej były tylko 3,6, 9 i 12 miesięczne i były dość atrakcyjnie oprocentowane. Kto wówczas założył lokatę, ustawił na automatyczne odnawianie i więcej do niej nie wracał - ten teraz straci. Albo jak gdzieś mu się przewinęła reklama mBanku reklamująca wysokie oprocentowanie nowych lokat więc doszedł do wniosku (o, mBank nadal daje niezłe procenty, nie muszę ruszać/zaglądać do moich lokat).

Oczywiście taki maniak finansów jak niżej podpisany sprawdza stronę swojego banku co najmniej codziennie, więc mi się lokaty z zaniżonym oprocentowaniem nie odnowiły tylko je "przeokresowałem". Na pewno jednak wielu starych klientów żyje do tej pory w nieświadomości że ich kiedyś niezłe lokaty obecnie zarabiają zdecydowanie poniżej poziomu dobrych ofert na rynku.

Wszystko oczywiście lege artis i bank może sobie taką politykę prowadzić (i pewnie ma dla niej nawet jakieś fajnie brzmiące marketingowo wyjaśnienie). Niemniej taka "kreatywna" polityka kuszenia nowych klientów wysokimi procentami i nacinania starych klientów na niskich ma u mnie żółtą kartkę.

12:02, marcinhorala
Link Komentarze (3) »
poniedziałek, 25 maja 2009
O wciskaniu kart...

Pisze na swoim blogu frugal, ja dorzucę swoje doświadczenie.

Otóż kilka miesięcy temu biorę w banku kredyt hipoteczny, który zdaniem banku jest na absolutnej granicy moich możliwości (oczywiście w rzeczywistości tak nie jest, ale mamy właśnie szczyt paniki kryzysu finansowego i banki mają absurdalne podejście do kredytów hipotecznych + ich procedury zupełnie nie przystają do mojej nietypowej sytuacji finansowej).

No więc bank uważa że zapożyczam się na styk co mi wielokrotnie dano do zrozumienia w trakcie negocjacji. W końcu jest zgoda, mam podpisać umowę i co się okazuje...

... żeby dostać kredyt hipoteczny na określonych warunkach muszę też w pakiecie wziąć kartę kredytową z kilkutysięcznym limitem.

Czujecie? nie mogę wziąć więcej  kilku tysięcy kredytu na parę procent i z najlepszym z możliwych zabezpieczeń - ale ta sama kasa na karcie kredytowej - ależ proszę bardzo, jeszcze cię zmusimy żebyć wziął. ROTFL.

Karta oczywiście leży nieaktywowana na dnie szafy i czeka spokojnie na moment kiedy będę mógł rozwiązać umowę.

14:06, marcinhorala
Link Komentarze (5) »
czwartek, 21 maja 2009
Ubezpieczenie jako hazard - czyli jeszcze o ubezpieczeniach

Wspomniał o tym w komentarzach pod poprzednim postem truszer a potem mi się przypomniało że pisał o tym kiedyś Krowin - jak tak się dobrze zastanowić to ubezpieczenie jest hazardem. 

Na przykład ubezpieczam się od kradzieży samochodu. Płacę roczną składkę 2 tys. a jak mi ukradną samochód ubezpieczalnia wypłaci mi 20 tys.. Tak naprawdę to jest po prostu zakład. Ja stawiam 2 tys. na to że mi samochód przez rok ukradną, a ubezpieczalnia stawia 20 tys. na to że mi jednak nie ukradną. 

I jak w każdym hazardzie, poza zupełnie wyjątkowymi trafami, na dłuższą metę zawsze wygrywa kasyno. Po prostu ubezpieczalnia ma po swojej stronie wysoko opłacanych zawodowców, których zdaniem jest takie skonstruowania umowy i wysokości zakładu żeby statystycznie zawsze wyjść do przodu. 

Dlaczego więc ludzie się ubezpieczają? Jak już pisałem: z tego samego powodu dla którego grają w Totolotka – przeceniają małe prawdopodobieństwa. Dodajmy: oraz dlatego że mają bujną wyobraźnię. No i z jeszcze jednego powodu – bo ich finanse są w opłakanym stanie. 

Przecenianie małych prawdopodobieństw najlepiej prześledzić na podstawie Totolotka. Fakt że gdzieś tam padają jakieś „szóstki” w umyśle przeciętnego człowieka jest upraszczany do tezy – „czasem mogę wygrać”. Podczas gdy tak naprawdę biorąc pod uwagę realne prawdopodobieństwo należałby raczej uprościć do „nigdy w życiu nie wygram”. Podobnie - czasem ktoś tam wpada pod samochód (nawet częściej niż trafia „szóstkę”) a jednak chodzimy po ulicach przyjmując roboczo założenie „ja nigdy pod samochód nie wpadnę”. Inaczej strach by było wyjść z domu, obwieszalibyśmy się tonami światełek odblaskowych i obwiązywali poduszkami.  

Prawda jest taka, że jeżeli zdarzenie jest bardzo, bardzo mało prawdopodobne i mamy żadne lub bardzo ograniczony wpływ na jego wystąpienie – to należy żyć tak, jakby wystąpienie tego zdarzenia nie było w ogóle możliwe. O ile więc racjonalne jest rozejrzenie się w prawo i w lewo przed wejściem na jezdnię – bo pewnie tą prostą czynnością zmniejszamy niebezpieczeństwo wypadku o kilkadziesiąt procent – o tyle dalsze czynności w stylu unikania wychodzenia z domu są już nieracjonalne ze względu na stosunek poniesionych nakładów do ryzyka zdarzenia. 

I tu wracamy kółkiem do ubezpieczycieli. Otóż jeżeli ubezpieczyciel po inspekcji naszych drzwi i zamka, obejrzeniu okolicy w jakiej mieszkamy oraz oszacowaniu wartości wyposażenia stwierdza że ubezpieczy nasz dom od włamania za 100 PLN na rok to możemy być pewni że wydatek jaki warto ponieść na uniknięcie tego ryzyka jest na pewno wyraźnie mniejszy. Musi bowiem – powtarzam po raz kolejny – pozostać nadwyżka z której kasyno, znaczy ubezpieczalnia, żyje. 

Oczywiście może się zdarzyć sytuacja, w której warto się ubezpieczyć bo uda się oszukać system. Na przykład aktuariusz przyjął w swojej tabeli dla ubezpieczenia na życie że pożyjemy do 70 roku życia, a my skąd inąd wiemy że wszyscy nasi przodkowie w linii męskiej umierali przed 50-tką. Jak się komuś chce to może się tak bawić, aczkolwiek musi pamiętać że ubezpieczalnia już z niejednym takim cwaniakiem (lub w  tym wypadku spadkobiercami cwaniaka) w sądzie wygrała i na pewno w jego umowie będzie sto i jeden sprytnych klauzul zabezpieczających ubezpieczalnie przed takimi numerami. 

Bujna wyobraźnia też przeszkadza. Zamiast normalnie żyć zamartwiamy się tym co będzie jeśli, jeśli na przykład ukradną nam warty kilkadziesiąt tysięcy samochód w który wpakowaliśmy wszystkie oszczędności i jeszcze wzięliśmy kredyt. A co jak nas sąsiad zaleje, a co jak będzie pożar, a co jak będę miał raka itp. No cóż mogę tylko polecić modlitwę Marka Aureliusza: „Boże, daj mi cierpliwość, bym pogodził się z tym, czego zmienić nie jestem w stanie. Daj mi siłę, bym zmieniał to co zmienić mogę. I daj mi mądrość, bym odróżnił jedno od drugiego.” 

Dochodzimy wreszcie do trzeciego naganiacza klientów dla firm ubezpieczeniowych: złej kondycji finansowej. To jest ewidentny wynik złego zarządzania swoimi pieniędzmi. Nie, nie biedy – im ktoś biedniejszy tym mniej ma, tym mniej się musi obawiać straty tego czegoś. Natomiast jak ktoś jest biedny a próbuje konsumować tak jakby nie był – o, wówczas prosi się o kłopoty. Kloszard nie zamartwia się że mu ukradną karton w którym śpi, bo na każdym śmietniku znajdzie sobie nowy. Bezrobotny nie będzie wykupywał ubezpieczenia na życie – bo jego rodzina w wyniku jego śmierci nie utraci żadnych dochodów. Ale ktoś, kto mało zarabia a wpakował wszystkie pieniądze w drogi samochód i jeszcze się po uszy zapożyczył będzie faktycznie drżał żeby mu tego samochodu nie ukradli. Kradzież będzie dla niego tak poważną katastrofą finansową, że faktycznie z jego punktu widzenia może być sensowne wykupienie ubezpieczenia. Tylko, że sensowne pozornie, bo głównym problemem jest to, że kupił samochód, na który go nie stać. Najbardziej sensowne będzie po prostu luksusowy samochód sprzedać, spłacić pożyczkę i za połowę pozostałej sumy kupić jakiś mały i używany - a drugą połowę odłożyć na koncie jako fundusz awaryjny. 

Oczywiście wymądrzywszy się jak wyżej muszę przyznać że czasem kupuję Totolotka. Nic na to nie poradzę że mam bardzo bujną wyobraźnię, a marzyć sobie co zrobię z wygraną nie mając losu w portfelu byłoby cokolwiek dziwnie. No ale przynajmniej się nie ubezpieczam ;)

14:56, marcinhorala
Link Komentarze (28) »
środa, 20 maja 2009
Przezorny zawsze (nie)ubezpieczony

Są ubezpieczenia, których nie da się uniknąć: obowiązkowe OC samochodu, ubezpieczenie mieszkania kupowanego na kredyt (wymagane przez kredytujący bank), może komuś trafić się jeszcze jakieś inne (np. ubezpieczenie OC od kosztów błędów zawodowych w niektórych zawodach). 

Wszystkie, ale powtarzam to, wszystkie inne ubezpieczenia są stratą pieniędzy. Firmy ubezpieczeniowe też muszą z czegoś żyć, wynajmują więc wysokiej klasy specjalistów od szacowania ryzyka. A ci znakomicie opłacani specjaliści siedzą całymi dniami i wyliczają składki tak żeby klienci zawsze, statystycznie rzecz biorąc, byli do tyłu. To znaczy żeby - biorąc pod uwagę szanse na wystąpienie danego zdarzenia i kwotę wypłacaną przy jego wystąpieniu – składka była proporcjonalnie zbyt wysoka z punktu widzenia ubezpieczającego się. Powtarzam, tak musi być, bo właśnie z tej nadwyżki ubezpieczalnie żyją.  

Czy zatem w ogóle się nie ubezpieczać od niczego? Szczerze mówiąc nie jest wcale takie złe rozwiązanie. Ludzie mają skłonność do przeceniania małych prawdopodobieństw co objawia się zarówno do strony lękowej leczonej poprzez ubezpieczenie się, jak i od strony marzeń zaspokajanej np. poprzez kupowanie zakładów Totolotka.  

Ja proponuję jednak jeszcze lepsze rozwiązanie: ubezpieczajmy sami siebie. Takim naszym własnym ubezpieczeniem jest ulepszony fundusz awaryjny. Rozwińmy nasz fundusz na wypadek nieprzewidzianych wydatków do rozmiaru, który pozwoli na pokrycie kosztów zdarzeń, od których zazwyczaj ludzie się ubezpieczają. Chodzi tu na przykład o pożar mieszkania, włamanie, zalanie mieszkania, wypadek, kradzież samochodu, uszczerbek na zdrowiu, pobytu w szpitalu itp. Konkretna wysokość zależy od indywidualnej oceny. W moim wypadku najkosztowniejsza byłaby w chwili gdy piszę te słowa kradzież samochodu (wartego ok. 20 tys.). Mój fundusz awaryjno-ubezpieczeniowy powinien więc wynieść docelowo 20 tys. (choć pewnie zanim zdążę tyle uzbierać kwota docelowa spadnie – bo z czasem samochód będzie coraz mnie wart). 

A więc określmy sobie wysokość docelową naszego funduszu określając koszty najdroższego zdarzenia, które miałby pokryć. Następnie dowiadujemy się w firmie ubezpieczeniowej ile by nas kosztowało ubezpieczenie od wszystkich zdarzeń od których chcielibyśmy się ubezpieczyć. Po czym sumujemy składki i taka kwotę zamiast płacić ubezpieczycielowi płacimy sobie (tzn. odkładamy na dedykowanym tylko w tym celu koncie lokacyjnym). Osiągając założoną kwotę docelową – i tu tkwi główna korzyść z całego pomysłu – przestajemy płacić w ogóle, a nadal jesteśmy ubezpieczeni. Kwota sobie w spokoju dalej rośnie i czeka na wystąpienie jakiegoś nieprzewidzianego a kosztownego zdarzenia. 

Zalety takiego rozwiązania, poza podstawową (od pewnego momentu jesteśmy ubezpieczeni mimo, iż nie płacimy żadnych składek), to: 

- Jesteśmy ubezpieczeni od wszystkich możliwych zdarzeń, nawet takich których wystąpienia obecnie nie przewidujemy (podczas gdy ubezpieczając się ryzykujemy też podwójną stratę: że płaciliśmy latami ubezpieczenie np. od pożaru i włamania a ucierpimy od zdarzenia od którego akurat się nie ubezpieczyliśmy np. zaleje nas sąsiad);

 - Kwota ubezpieczenia sama się pomnaża; 

Na tym rozwiązaniu stracimy tylko jeżeli okażemy się wyjątkowymi pechowcami tzn. nieszczęścia dopadną nas bardzo szybko zanim uda nam się zgromadzić znaczną kwotę (temu można zaradzić przeznaczając na początek od razu kilka tysięcy na konto funduszu „awaryjno-ubezpieczeniowego”) albo nieszczęścia dopadną nas seryjnie jedne po drugim zanim zdążymy odbudować fundusz po poprzednich wypłatach. Prawdopodobieństwo takiej anty-kumulacji jest jednak na tyle małe, że warto je podjąć. 

Dlatego hasło na dziś: przezorny zawsze nie ubezpieczony. Przezorny jest swoim własnym ubezpieczycielem.

12:12, marcinhorala
Link Komentarze (15) »
poniedziałek, 18 maja 2009
Chcesz stracić dużo pieniedzy? Kup sobie samochód!

Samochód to tak naprawdę dziura bez dna, która zasysa nasze środki w zawrotnym tempie. Jest najdroższym dobrem czysto konsumpcyjnym (mieszkanie/dom to z jednej strony konsumpcja i źródło wydatków, ale z drugiej strony również inwestycja – może utrzymywać swoją wartość a przy odrobinie szczęścia nawet zwiększać). Tymczasem na samochodzie się traci, traci i traci.

Po pierwsze już w chwili kupna tracimy, bo biorąc pod uwagę związane z tym opłaty – podatek i rejestracja – musielibyśmy go sprzedać drożej tylko po to żeby wyjść na swoje. Dalej samochód z każdym rokiem traci na wartości i im jest bardziej wartościowy tym traci więcej w liczbach bezwzględnych. A więc przez sam fakt posiadania samochodu z roku na rok tracić będziemy – w większości przypadków – tysiące złotych. Szczególnie jaskrawym przypadkiem jest kupno fabrycznie nowego samochodu. Przejeżdżając kilka metrów za bramę salonu, w kilka minut, tracimy kilka albo i kilkanaście tysięcy.

Dalej idą niemożliwe do uniknięcia koszty stałe takie jak ubezpieczenie i przeglądy. Co istotne – ponosimy je za sam fakt posiadania samochodu niezależnie od tego ile nim jeździmy.

No ale skoro już samochód mamy i za niego płacimy to wypadałoby trochę pojeździć – a więc wydamy na benzynę i to niemało. Poza benzyną są też inne materiały eksploatacyjne, które mają to do siebie, że się zużywają – filtry, oleje, opony itp.

Oczywiście może się zdarzyć jakaś kolizja lub awaria i trzeba będzie samochód naprawić, co też nie należy do tanich operacji.

Jak ktoś dał się wrobić w samochód na kredyt zapłaci jeszcze dość wysokie odsetki.

Samochód ma też zwyczaj naciągania nas na wydatki na swoje potrzeby – od mycia i woskowania po dach nad głową, czyli garaż.

 I jakby tego było mało zawsze jest jeszcze ryzyko, że nam samochód ukradną, względnie że go rozbijemy tak, że nie będzie co zbierać.

Aby uzmysłowić sobie ile kosztuje nas samochód wystarczy wykonać prostą operację obliczenia całkowitego kosztu posiadania. A więc nie tylko wydatki roczne na benzynę, ale i wydatki na przeglądy i naprawy, na ubezpieczenie oraz ile przez rok spadła wartość samochodu. A więc na przykład mój samochód (Golf czwórka z 2001) kosztował mnie łącznie w zeszłym roku lekko licząc jakieś 8-10 tys., nieźle nie? Starczyłoby na przykład na rok-dwa lata studiów, na trzy fajne wakacje albo na coś jeszcze innego.

Generalnie rzecz biorąc kupując samochód wykonujemy operację podobną do wystawienia kilkudziesięciu tysięcy złotych gotówką na dwór. Kupkę będzie stopniowo rozwiewał wiatr aż z niej nic nie zostanie – chyba że szybciej ją ktoś ukradnie.

Co oczywiście mówi szczęśliwy posiadacz samochodu, a do niedawna nawet dwóch. Ja po prostu rozważyłem wszystkie za i przeciw i stwierdzam że chcę mieć samochód, że rzeczywiście podnosi jakość mojego życia i że stać mnie na niego.

Natomiast gdybym miał samochód wykorzystywać tylko do dojazdów do pracy (do której mam też w miarę wygodne połączenie komunikacją publiczną), gdybym nie miał dzieci, albo gdybym zaczął wyraźnie mniej zarabiać – myślę że zdecydowałbym się żyć bez samochodu. Rzecz dla mnie jeszcze niedawno nie do pomyślenia. Co to finanse osobiste potrafią zrobić z człowieka…

14:00, marcinhorala
Link Komentarze (5) »
piątek, 15 maja 2009
Pieniądze w małżeństwie

W komentarzach pod poprzednimi postami przewijała się kwestia finansów i oszczędzania w małżeństwie/związku. Temat niewątpliwie niełatwy – jak gdzieś czytałem nieporozumienia wokół rodzinnych finansów są jedną z najczęstszych przyczyn rozwodów. Przede wszystkim pewnie najważniejsze jest ustalenie jakichś stałych zasad w tej dziedzinie jeszcze zanim się z kimś na stałe zwiążemy. Niestety często brak tego rodzaju ustaleń wychodzi dopiero w praniu domowych brudów gdy okazuje się że dwie strony mają zupełnie różne podejście do pieniędzy. Spróbuję tu zaproponować kilka możliwych do zastosowania rozwiązań.

1.      Pełna wspólność małżeńska – mamy po prostu jedne wspólne konto na które przychodzą zarobki obydwu stron, do którego każdy ma swój dostęp i dysponuje pieniędzmi na potrzeby własne i domowe. Tak na przykład prowadzę swoje finanse z żoną, mamy wspólne konto, każde z nas ma swoją kartę i tyle. Taki model wymaga jednak przede wszystkim daleko idącej zgodności podejścia do spraw finansowych. My z żoną akurat pod tym względem dobraliśmy się dobrze (oboje lubimy oszczędzać ale i czasem wydawać na przyjemności). Jak przychodzą pensje rozpisujemy sobie budżet na następny miesiąc – i się go trzymamy.

2.      Wspólność z kieszonkowym – jak wyżej, ale gdy nawzajem małżonków wkurza czasem to na co druga połowa „marnuje” pieniądze. Wspólne konto stanowi więc podstawowe źródło z którego pokrywane są wydatki gospodarstwa domowego – ale jakieś drobne sumy np. 100 czy 200 PLN miesięcznie są przelewane na oddzielne konta małżonków i z tymi pieniędzmi robią sobie co chcą. Każdy ma więc trochę finansowej niezależności (żeby nie musieć ciągle wysłuchiwać – „jak mogłeś/mogłaś tyle wydać na TO”) ale zasadnicze finanse są wspólne.

3.      Rozdzielność z prowadzeniem gospodarstwa. W tym układzie mamy trzy mniej więcej równorzędne konta – osobiste małżonków i wspólne będące kontem gospodarstwa domowego. Małżonkowie muszą się dogadać tylko co do potrzeb gospodarstwa – ile pójdzie na czynsz i inne opłaty i na jedzenie, oraz ustalić w jakich częściach się na to składają. Całą resztę  wydają (lub oszczędzają) według własnego uznania.

4.      Pełna rozdzielność. Małżonkowie mają zupełnie oddzielne konta i prowadzą oddzielne finanse – a jak zdarza się jakiś wspólny wydatek po prostu na bieżąco się na niego składają. Ewentualnie mogą wydatki na stałe między sobą rozdzielnic na zasadzie np. ja płacę rachunki a ty kupujesz jedzenie.

Ja z żoną jako się rzekło stosuję wariant pierwszy, ale uważam że każdy jest dobry o ile małżonkom pasuje. Oczywiście schody się zaczynają gdy małżonkowie nie mogą się dogadać. Nawet co wybrania jednego z powyższy modeli. Albo na przykład tylko jedno z nich zarabia a drugie zajmuje się domem i zupełnie nie są w stanie się porozumieć do jakiej części i jakiego zakresu decydowania o finansach ma prawo małżonek nie pracujący. Albo obydwoje chcą prowadzić wspólne lub prawie wspólne finanse ale jednocześnie zupełnie nie są w stanie się dogadać jak powinny one wyglądać. To już jednak zdecydowanie temat z dziedziny psychologii a nie finansów osobistych. Generalnie im bardziej rozbieżne zdania na temat spraw finansowych tym większy stopień rozdzielności bym doradzał (pkt. 3 lub 4), są jednak sytuacje (jedno z małżonków bezrobotne lub zajmuje się dziećmi) gdy nie jest to możliwe.

PS. Oczywiście pojęciami wspólności i rozdzielności operuję tu sobie na moje potrzeby a nie w znaczeniu ustawowym.

09:45, marcinhorala
Link Komentarze (4) »
środa, 13 maja 2009
Jak przeżyć kryzys? (czyli jak wyjść z naprawdę dużych finansowych kłopotów)

Większość moich porad odnosi się do sytuacji, gdy z naszymi finansami osobistymi jest źle lub średnio a chcielibyśmy żeby było dobrze. Co jednak zrobić jeżeli nie jest źle, tylko tragicznie? Jeżeli grozi nam niedługo wizyta komornika, straciliśmy pracę a nowej nie mamy, suma rat i opłat przewyższa miesięczne dochody? 

Temat szczególnie aktualny w czasach kryzysu. W takiej sytuacji potrzebne są działania radykalne. Nie będą przyjemne, ale musimy pocieszyć że to tylko okres przejściowy, że za jakiś czas się skończą, oraz że i tak te radykalne działania są przyjemniejsze niż np. utrata dachu nad głową. 

Co więc można zrobić gdy mamy finansowy nóż na gardle: 

  1. Natychmiast zrezygnować z kupowania papierosów, alkoholu, słodyczy, napojów.
  2. Nigdy nie jeść poza domem, do pracy (jeśli jest) brać kanapki.
  3. Zrezygnować z kupowania butów, ubrań itp. Jeżeli już absolutnie, fizycznie nie mamy w czym chodzić kupić coś używanego.
  4. Pozmieniać na tańsze a jak się da zlikwidować abonamenty telefoniczne, pakiety telewizji kablowej itp.
  5. Poszukać jakiejkolwiek, nawet nieodpowiadającej kwalifikacjom pracy (lub dodatkowej pracy). Nawet kierownikowi czy specjaliście korona z głowy nie spadnie, jeżeli wieczorami i w weekendy pozawija hamburgery.
  6. Pomyśleć co umiemy robić za co ktoś byłby w stanie zapłacić? Może moglibyśmy np. udzielać korepetycji z jakiegoś przedmiotu szkolnego albo języka obcego? A może umiemy kłaść glazurę i cekolować? Może umiemy naprawić samochód?
  7. Zrobić krytyczny przegląd rzeczy, jakie nagromadziliśmy w domu, zazwyczaj wielu z nich nie używamy wcale lub bardzo rzadko i te należy spróbować sprzedać np. na allegro.
  8. Sprzedać samochód. Jeżeli kupiony na kredyt – sprzedać go na pniu, nawet zaniżając nieco cenę. Jeździć komunikacją publiczną, a jeżeli komunikacją absolutnie się nie da (a np. trzeba dojechać do pracy) kupić jakiegoś malucha albo poloneza na zasadzie „byle jechał do przodu”.
  9. Spieniężyć posiadane akcje, jednostki udziałowe funduszy inwestycyjnych, zerwać lokaty – i wszystko przeznaczyć na spłatę zadłużenia (nie dotyczy nisko oprocentowanych kredytów hipotecznych). UWAGA – nie należy naruszać dwóch rodzajów oszczędności – funduszu awaryjnego oraz oszczędności emerytalnych. Jeżeli zadłużenia nie mamy to odwrotnie – starać się możliwie długo nie naruszać oszczędności.
  10. Jako przedostatni środek – negocjować z naszymi wierzycielami. Może uda się uzyskać rozłożenie na większą ilość rat albo chwilowe zawieszenie spłaty części lub całości rat. W długim okresie na takim rozwiązaniu tracimy, więc powinniśmy go stosować jako przedostatnią deskę ratunku.
  11. Jeżeli się da to przeprowadzić się do rodziny a swoje mieszkanie wynająć.
  12. I ostatni środek, ta już nie deska a brzytwa której tonąc się schwycimy to refinansowanie kredytem konsolidacyjna. Jest to z wielu względów złe rozwiązanie (dlaczego – to temat na oddzielny post) i powinniśmy traktować je wyłącznie jako ostatni rozpaczliwy krok gdy wszystkie inne kroki już wdrożyliśmy i nadal okazało się że to za mało.
11:16, marcinhorala
Link Komentarze (3) »
czwartek, 07 maja 2009
Kula śnieżna

Czytelnicy tego bloga, z którymi mam kontakt w realu zwrócili mi uwagę że nie rozumieją na czym polega wspomniana kula śnieżna jako metoda spłaty długów/oszczędzania. Od dawna szykuję dłuższy post na temat wychodzenia z pułapki kredytowej, którego elementem jest opis kuli śnieżnej, ale ponieważ nadal jest on w powijakach postaram się możliwie szybko i prosto opisać samą kulę.

 

Otóż wyobraźmy sobie osobę, powiedzmy Mariolę Zadłużoną, która ma kilka różnych kredytów i pożyczek (kwoty oczywiście od czapy, chodzi o przykład):

 

Kredyt samochodowy – 13 tys. do spłaty, miesięczna rata 400PLN

Kredyt na wakacje – 1,5 tys./300PLN

Zadłużenie na karcie kredytowej – 3 tys. / 200PLN

Kredyt z kasy zapomogowo-pożyczkowej w pracy – 2 tys./200PLN

 

A więc miesięcznie musi spłacić 1100PLN w ratach. Jest to na granicy jej obecnych możliwości co skutkuje ryzykiem dalszego zadłużenia na karcie kredytowej w razie nieprzewidzianych wydatków. Załóżmy że podjęła już odpowiednie kroki, m. in. zacisnęła w wyjątkowy sposób (na przejściowy okres) pasa i z budżetu jej wynika że jest w stanie wygenerować miesięcznie 1400PLN wolnych środków. 1100PLN pójdzie na spłatę wymaganych rat, ale co zrobić z pozostałymi 300PLN?  Tu można wyróżnić dwa podejścia:

 

1)      matematyczne – przeznaczyć dodatkowe pieniądze na wcześniejszą spłatę długu o najwyższym oprocentowaniu. Ma to sens jak sama nazwa wskazuje matematyczny – Mariola w sumie w perspektywie kilku lat zapłaci najmniej odsetek. Jest jednak ryzyko psychologiczne – jeżeli najwyżej oprocentowana pożyczka ma też stosunkowo duże saldo (np. niech to będzie kredyt samochodowy z przykładu powyżej) to potrwa miesiące albo i lata zanim zostanie on spłacony – nawet przy użyciu tych dodatkowych środków. Będzie więc tak, że Mariola będzie zaciskać pasa, oszczędzać, obcinać wydatki – a nie będzie widać wyraźnej poprawy jej kondycji finansowej. W tej sytuacji wzrasta niebezpieczeństwo że w końcu jej się odechce tego zaciskania pasa i powróci do nawyków, które wpędziły ją w kłopoty.

 

2)      Podejście behawioralne, czyli właśnie „kula śnieżna”. Polega ona na tym że dodatkowe środki kierujemy na spłatę kredytu z najmniejszym saldem. W powyższym przykładzie będzie to kredyt na wakacje. Ponieważ saldo jest małe dodatkowe środki na spłatę spowodują szybko odczuwalną różnicę. W tym konkretnym przypadku już za trzy miesiące kredyt będzie spłacony. Kredyt spłacony, a więc wymagana wysokość miesięcznych rat wyniesie już nie 1100PLN ale 800PLN. Mariola czuje że ma dodatkowe 300 PLN w portfelu – czyli innymi słowy oszczędność przynosi odczuwalną gratyfikację na tyle szybko że zachęca to do wytrwania w postanowieniu. Co robimy z wolnymi już teraz 600PLN miesięcznie? Oczywiście przeznaczamy na spłatę kolejnego w kolejce kredytu według salda. I tak aż nie spłacimy wszystkich kredytów których chcemy się szybko pozbyć (moja rekomendacja żeby to były wszystkie kredyty jakie wzięliśmy, być może z wyjątkiem hipotecznego).

 

Konkretnie w powyższym przypadku Mariola Oszczędna spłaci kredyt na wakacje po trzech miesiącach, po pięciu pożyczkę z kasy a po siedmiu kartę kredytową. A więc po zaledwie siedmiu miesiącach pozbędzie się trzech z czterech długów a wysokość jej wymaganych miesięcznie rat spadnie z 1100PLN do 400PLN.

 

Marcin Trochę-Oszczędny, czyli ja, stosuje taką samą metodę do oszczędności o czym pisałem post wcześniej. To znaczy wyznaczam sobie roczne cele oszczędzania i co miesiąc wpłacam minimalną kwotę (ustaliłem ją sobie na 100PLN) na każdy z celów – po czym całą pozostałą sumę na cel o najmniejszej kwocie. Dzięki czemu co dwa-trzy miesiące a nieraz co miesiąc mogę się cieszyć z realizacji kolejnego celu co dodaje pozytywnej motywacji do utrzymywania kursu oszczędzania.

14:45, marcinhorala
Link Dodaj komentarz »
środa, 06 maja 2009
Jak oszczędzam?

Na początku roku na podstawie analizy wydatków w zeszłym roku oceniam ile powinienem spokojnie miesięcznie odłożyć. Na przykład jest to 1,5 tys. PLN miesięcznie. A więc w ciągu roku powinienem odłożyć 18 tys. złotych. Następnie rozbijam to na poszczególne cele które chciałbym osiągnąć:

 

Emerytura/niezależność finansowa: 5 tys.

Przyszłość dzieci: 3 tys.

Nowy samochód: 3 tys.

Wakacje: 3 tys.

Zwiększenie funduszu awaryjnego: 2 tys.

Fundusz wcześniejszej spłaty kredytu/ poduszka finansowa: 2 tys.

 

Następnie opracowując miesięczny budżet po uwzględnieniu wszystkich ważniejszych wydatków oraz dziennej kwoty na wydatki bieżące przeznaczam część dochodu na oszczędności. W zależności od miesiąca będzie to kwota różniąca się od założonych 1,5 tys. czasem in plus (żadnych dodatkowych wydatków) czasem in minus (bo np. wypada akurat przegląd samochodu).

 

Kiedy już mam tą miesięczną kwotę oszczędności alokuję ją na poszczególne cele według zasady kuli śnieżnej (jak wreszcie skończę go pisać to opublikuję tekst o jej podstawowym zastosowaniu – do spłaty kredytów) – na każdy cel minimalną kwotę 100 PLN, a pozostałą kwotę w całości na cel o najmniejszym pozostałym saldzie. Oczywiście kwotę na oszczędności przelewam na odpowiednie konta bezpośrednio po otrzymaniu wypłaty i sporządzeniu budżetu, tak że nie ma niebezpieczeństwa że ją wydam (bo fizycznie nie będzie jej na koncie).

 

Do tego jakiekolwiek dodatkowe wpływy (premie, zwrot podatku) od razu w całości idą na oszczędności. W efekcie zazwyczaj roczne cele oszczędności mam zrealizowane przed końcem roku (jak wszystko dobrze pójdzie w tym roku będzie to wrzesień) co jest sygnałem, że:

 

a)     mogę dokonać jakichś większych a do tej pory odkładanych zakupów (w tym roku na ten moment czeka zakup nowej pralki i kompletu opon do samochodu);

b)     mogę troszkę poluzować dyscyplinę budżetową (zwiększyć nieco miesięczne wydatki na przyjemności);

c)     czas opracować cele oszczędzania na rok przyszły – i choć trochę zacząć je realizować z wyprzedzeniem, dzięki czemu w przyszłym roku będzie łatwiej.

08:49, marcinhorala
Link Komentarze (3) »