RSS
środa, 24 czerwca 2009
Zostałem zauważony!

Nie, nie umarłem ani nie porwali mnie kosmici. Serial o emeryturach zostanie dokończony już wkrótce (troszkę brakuje mi czasu). Na razie jednak chciałem się pochwalić że niniejszy skromny blog został odnotowany w amerykańskiej blogoferze finansów osobistych, konkretnie na blogu Hedonic Adjustment.

08:26, marcinhorala
Link Komentarze (2) »
piątek, 19 czerwca 2009
Co z naszymi emeryturami? część II - OFE

Jak wiemy z pierwszej części serialu o emeryturach państwowy system emerytalny oparty na zasadzie solidarnościowej musi prędzej czy później się zawalić. Ta prawda dotarła swego czasu nawet do polskich polityków i postanowili jej zaradzić. Efektem zaradzania była reforma emerytalna przeprowadzona przez rząd Buzka, polegająca przede wszystkim na utworzeniu Otwartych Funduszy Emerytalnych.

 Po dziesięciu latach można już powiedzieć że system OFE zakończył się fenomenalnym sukcesem. Niekoniecznie dla przyszłych emerytów, co to to nie. Ale instytucje finansowe zarządzające funduszami mogą sobie naprawdę pogratulować.

 Sama idea by jakaś część składki emerytalnej nie była przejadana przez system „solidarnościowy” tylko normalnie odkładana i inwestowana jest oczywiście dobra. Niestety najwyraźniej kilku cwaniaków z dobrymi kontaktami wyczuło tu lepszy deal do zrobienia więc biedny-szary-przyszły emeryt na systemie w OFE dostaje w plecy w kilku miejscach:

 I. De facto oligopol na rynku funduszy powoduje że brak jest prawdziwej, zdrowej konkurencji. Musimy oszczędzać w OFE a więc nie muszą się bać konkurencji ze strony normalnych funduszy inwestycyjnych, lokat bankowych, indywidualnie kupowanych akcji czy obligacji itp.

 II. Wobec braku tego rodzaju konkurencji firmy zarządzające funduszami korzystają w przytłaczającej większości z możliwości pobierania maksymalnej stawki za zarządzanie – 7% (niektóre po kilku latach stosują zniżki, w trakcie procedowania jest ustawa obniżająca je do i tak dużych 3,5%). 7% to złodziejstwo w biały dzień, a 3,5% to horrendalnie dużo wobec słabego funduszu hybrydowego jakimi są w istocie OFE (a zwykłe fundusze hybrydowe pobierają zwykle 1,5-2,5% prowizji)

 III. OFE mają prawnie ograniczone możliwości inwestycyjne – w największym uproszczeniu są to akcje GPW oraz obligacje rządowe. W efekcie nasze oszczędności emerytalne są przywiązane do jednego, płytkiego wschodzącego rynku i do zdrowia finansów publicznych jednego, nieszczególnie bogatego kraju. Na przykład gdyby nawet w którymś OFE zarządzający przewidział krach na giełdach jesienią 2008 i chciał na przykład uciec z giełdy w złoto albo akcje spółek chińskich – to taki ruch był prawnie niedozwolony.

 IV. Nie dość że nasze pieniądze są inwestowane według sztywnych, prawnie określonych reguł (do tego bardzo ograniczonych) to jeszcze nawet w obrębie tych reguł nie mamy żadnej kontroli ani możliwości decydowania jak konkretnie inwestycja będzie wyglądała.

V. Tak naprawdę nie wiemy jak będzie wyglądać sprawa wypłaty emerytur z OFE (od jakiego wieku będzie nam to dane), w jaki sposób zgromadzona suma zostanie przeliczona na wysokość naszej emerytury, jakie będą zasady dziedziczenia środków jak i świadczeń. i tak dalej.

 Gdyby przyszedł do was doradca finansowy i zaproponował taki oto produkt finansowy: „Będzie nam Pan oddawał co miesiąc 100PLN. Z tego od razu weźmiemy sobie 7, a pozostałe 93 zainwestujemy według naszego uznania. Nie będzie Pan miał żadnego wpływu na to, jak te pieniądze będą inwestowane, ale zapewniamy że będą inwestowane według przyjętych przez nas reguł. Owe reguły wykluczą możliwość lokowania w większość dostępnych na rynku aktywów przez co może być Pan pewien że nie wykorzystamy wielu okazji inwestycyjnych i nie uda nam się uniknąć wielu strat – których bardziej mobilni inwestorzy unikną. W wieku 65 lat podliczymy ile się z tych inwestycji uzbierało i na tej podstawie wyliczymy ile Pan będzie dożywotnio otrzymywał co miesiąc. Choć właściwie może to będzie 67 lat? A może 70? Sami jeszcze nie wiemy. Nie wiemy też jaka będzie zasada tego przeliczenia – ale nawet jak już jakąś ustalimy to zawsze będziemy mogli ją zmienić i to oczywiście bez Pana wiedzy, zgody ani udziału. No i jak Pan umrze to tą kwotę odziedziczy Pana rodzina – ale tylko do drugiego stopnia pokrewieństwa. Jak Pan nie ma tak bliskiej rodziny to pieniądze przepadną. To oczywiście też jeszcze może się zmienić. Właściwie to wszystkie zasady możemy jeszcze zmienić – ale płacić musi Pan obowiązkowo. To co, podpisujemy?” podpisali byście?

 Niemniej OFE ma jedną potężną zaletę: przy tych wszystkich wadach i kulawych rozwiązaniach jednak autentycznie pieniądze jakoś tam inwestuje, a nie przejada na bieżąco jak ZUS. A więc pomimo iż na OFE idzie trochę ponad 20% składki możemy się spodziewać że z tego źródła będzie pochodzić do połowy naszej emerytury (dotyczy osób które odkładały na OFE przez całe zawodowe życie). EDIT: nie jest  tak różowo bo na OFE idzie 20% składki na ZUS, ale nie cała  pozostała składka ZUS idzie na emeryturę.

 Niemniej ze względu na to, że to tylko ok. 1/5 składki, oraz na wszystkie wyliczone wyżej wady również z OFE nie powinniśmy się spodziewać zbyt dużych emerytur. Ot starczy nam w barze mlecznym na kefir do kartofli kupionych za emeryturę z ZUS.

 A więc co robić, żeby nie biedować na emeryturze? O tym już wkrótce w trzecim odcinku emerytalnego serialu.

środa, 17 czerwca 2009
Co z naszymi emeryturami? część I - ZUS

Pewnie słyszeliście o piramidach finansowych, zwanych na Zachodzie – od nazwiska wynalazcy – schematem Ponziego. Piramida obiecuje niebywałe zyski, co przyciąga dużo klientów. Pierwsi faktycznie takie zyski otrzymują – a są one finansowane z wpłat nowych klientów. W odpowiednim momencie twórca piramidy znika z kasą w walizce zostawiając na lodzie frajerów.

Otóż mniej więcej na podobnej zasadzie działa nasz system emerytalny. Te zapisy na rzekomo naszych kontach emerytalnych w ZUS to oczywista fikcja. Tak naprawdę pieniądze z naszych składek są na bieżąco wypłacane aktualnym emerytom. Zaś nasze fikcyjne zapisy to tylko obietnica, że za kilkadziesiąt lat w podobny sposób będą na naszą rzecz okradane nasze dzieci i wnuki. W sposób elegancki jest to nazywane systemem solidarnościowym.

Oczywiście ta ZUS-owska piramida finansowa nie zawali się tak szybko a nawet tak do końca nie zawali się nigdy. Po pierwsze dlatego, że prawo bardzo ogranicza nam możliwości wypłat (do osiągnięcia pewnego wieku są w ogóle niemożliwe). Po drugie dlatego, że żaden rząd nie pozwoli sobie na związane z taką klapą reperkusje polityczne.

Niestety demografia jest nieubłagana – jest nas, Polaków, coraz mniej. Jednocześnie wydłuża się cały czas średnia długość życia. A więc coraz mniej pracujących musi ze swoich składek utrzymać coraz większą rzeszę emerytów. Do tego przez ostatnie dwadzieścia lat emerytury (i renty nawiasem mówiąc) traktowano jako sposób zamiatania pod dywan bezrobocia. Na prawo i lewo rozdawano różne przywileje emerytalne. W rezultacie mamy tabuny biernych zawodowo młodych emerytów i zdrowych recistów.

Jako się rzekło system emerytalny przy obecnych trendach demograficznych jest nie do utrzymania (a odwrócenie owych trendów oznaczałoby lata – jak nie dziesiątki lat – konsekwentnej i kosztownej polityki prorodzinnej, której jak dotąd nie udało się z większym powodzeniem prowadzić w żadnym europejskim kraju).  Z drugiej strony, jako się rzekło, z przyczyn politycznych system nie może zbankrutować.

Czego więc możemy się spodziewać? Teoretycznie władza ma trzy wyjścia:

1. Zdecydowanie obniżyć obecnie wypłacane świadczenia. Z przyczyn politycznych zupełnie nierealne (nikt nie chce zadzierać z ogromnym i do tego aktywnym wyborczo segmentem elektoratu). Ewentualnie mogłoby się to dokonać trochę tylnymi drzwiami poprzez likwidację automatycznej indeksacji a następnie finansowanie dotacji do Funduszu Ubezpieczeń Społecznych deficytem pokrywanym poprzez kreację pustego pieniądza. Występująca w efekcie inflacja – przy braku automatycznej indeksacji – spowodowałaby poważną obniżkę rzeczywistej wartości emerytur przy zachowaniu ich wartości nominalnej. Byłaby to jednak operacja również bardzo kosztowna politycznie i do tego ryzykowna dla całej gospodarki (dżina inflacji łatwo wypuścić z butelki, natomiast zdecydowanie trudniej z powrotem do niej zagonić).

2. Stopniowo podwyższać składki emerytalne. To jest już bardziej do zrobienia, ale też ma swoje granice. Już obecnie ponad połowę rzeczywistej pensji (a więc nie pensji brutto tylko całkowitego kosztu dla pracodawcy – pensja brutto według obecnej regulacji pomija połowę składki emerytalnej, którą opłaca pracodawca) pożerają różnego rodzaju podatki i daniny publiczne. Nie ma więc dużego miejsca na dokręcanie śruby składkowej bez całkowitego zaduszenia gospodarki.

3. Zahamować przyrost nowych uprawnionych i związanych z nimi kosztów. Wobec politycznej niemożliwości rozwiązania nr 1.  i bardzo ograniczonego pola manewru w wypadku rozwiązania nr 2 to jest najbardziej prawdopodobne. A więc możemy się spodziewać stopniowego wydłużania okresu produkcyjnego (na początek pewnie zrównania wieku emerytalnego kobiet i mężczyzn) oraz stopniowego pogarszania się wskaźnika zastępowalności dochodu przez emeryturę.

W sumie najbardziej wygrani są ci, którzy teraz przechodzą na emeryturę. Mają jeszcze możliwość korzystania z różnych przywilejów, stosunkowo niskiego wieku emerytalnego (szczególnie kobiety) itp. a jednocześnie przez ostatnie dwudziestolecie mieli przynajmniej jakąś szansę w miarę dobrze pozarabiać i nabić sobie tym samym wskaźniki na podstawie których emerytura jest wyliczana. 

Młodsi mogą założyć w ciemno, że będzie już tylko gorzej. Jeżeli liczą na godne życie na państwowej emeryturze to się srodze przeliczą. Jako aktualny jeszcze-trochę-dwudziestokilkulatek osobiście nastawiam się na wiek emerytalny nie wcześniejszy niż 70 lat i emeryturę z ZUS poniżej jednej trzeciej średnich zarobków w okresie zatrudnienia.

Tu kończę bo robi się tasiemiec, ale jeszcze raz powtarzam co warto z tego wszystkiego zapamiętać: jeżeli liczysz że państwo ci zapewni godne życie na starość to się przeliczysz. Tym bardziej się przeliczysz im jesteś młodszy.

Już wkrótce dalszy ciąg emerytalnego serialu:

Część II – OFE

Część III – Co robić?

PS. Kiedy kanclerz Bismarck wprowadzał w XIX wieku prekursorski system emerytalny oparty na zasadzie solidarnościowej był to finansowy samograj. Po prostu wiek przejścia na emeryturę był ustawiony zdecydowanie powyżej średniej długości życia w ówczesnych Niemczech. Gdyby obecnie w Polsce oprzeć system na takiej zasadzie to mężczyźni powinni przechodzić na emeryturę około 75 a kobiety około 85 roku życia.

11:47, marcinhorala
Link Komentarze (7) »
poniedziałek, 15 czerwca 2009
Kupuj jakość

Stara prawda głosi, że biednego człowieka nie stać na tanie rzeczy. W erze tanich jak barszcz de facto jednorazówek (udających np. sprzęt elektroniczny) jest to stwierdzenie bardzo aktualne.

 Oszczędne kupowanie absolutnie nie polega na automatycznym kupowaniu najtańszych rzeczy. Polega na kupowaniu rzeczy o najlepszym wskaźniku cena/jakość.

 Na przykład jedzenie. Generalnie jedzenie z najtańszej półki, szczególnie produkty przetworzone – na przykład wędliny z ceną za kilogram o połowę niższą od ceny porządnego nie-przetworzonego mięsa – nie są godne zakupu przez oszczędne osoby. Lepiej zjeść jajko albo twaróg albo dżem niż wędlinę po trzecim życiu składającą się głównie z wody i chemicznych dodatków. Osoba oszczędna NIE będzie więc kupować najtańszych „wędlin”, „masła” itp.

 Podobnie ma się sprawa z wszelkimi urządzeniami rtv i agd które kosztują grosze i psują się po miesiącu, podobnie z butami i ubraniami w całości z tworzyw sztucznych niskiej jakości i tak dalej.

 W rozsądnym kupowaniu chodzi o to, żeby wydać jak najmniej w dłuższym okresie czasu (a więc lepszy porządny sprzęt, który bezproblemowo będzie działał 10 lat, niż o połowę tańszy psujący się co roku) i żeby ze swoich pieniędzy mieć jak najlepszy użytek (wydając 7 PLN za pół kilo wędliny wydajemy 7 PLN za kilkanaście kanapek których się nie da jeść, ból brzucha, wymioty i problemy zdrowotne. Wydając te same 7 PLN na ćwierć kilo lepszej wędliny zyskujemy – fakt że o połowę mniej – ale znacznie smaczniejszych kanapek, bez dodatkowych problemów, a więc w drugim wypadku wydajemy nasze 7 PLN oszczędniej, bo więcej z niego mamy).

 Z drugiej strony oczywiście należy uważać na sprzedawców wykorzystujących skojarzenie „wyższa cena = lepsza jakość” po to żeby sprzedać nam ten sam shit tylko po wyższej cenie (ale za to w „ekskluzywnym” opakowaniu tudzież pod „prestiżową” marką).

13:58, marcinhorala
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 08 czerwca 2009
Uważaj na doradców finansowych!

Znana amerykańska zasada mówi, że nie ma czegoś takiego jak darmowy obiad. Inna zasada mówi, że jeżeli jakiś interes wygląda zbyt dobrze żeby był prawdziwy, to na pewno nie jest prawdziwy. Jak ktoś nam na ulicy wręcza kartkę pocztową albo maskotkę niby za darmo, to odruchowo dziękujemy, bo czujemy, że chodzi tylko o nawiązanie kontaktu i trzy zdania dalej będzie próbował uzyskać coś w zamian – natomiast wierzymy, że możemy dostać za darmo coś znacznie bardziej wartościowego od maskotki, czyli profesjonalną poradę w sprawach finansowych.

Musimy uzmysłowić sobie jedną prostą sprawę: najprawdopodobniej „doradca” finansowy (tak samo z resztą jak „doradca klienta” w banku) to nie jest żaden doradca tylko sprzedawca. My mu nie płacimy za jego pracę, więc musi mu płacić ktoś inny. Tym kimś innym są banki i firmy ubezpieczeniowe płacące doradcom prowizję od sprzedanych produktów finansowych. A więc w interesie „doradcy” nie jest udzielenie najlepszej dla nas rady, ale wciśnięcie nam jak najdroższego produktu finansowego.

Oczywiście zdarzają się firmy doradcze mniej i bardziej etyczne. Takie które starają się w miarę możliwości dopasować produkt do potrzeb klienta – i takie które bez żenady stosują psychologiczne sztuczki żeby wepchnąć produkt od którego mają największą prowizję. Zazwyczaj te lepsze rozpoznamy po posiadaniu sieci placówek a te grosze po bazowaniu na sieciach sprzedaży bezpośredniej (mówiąc prościej: lepszy doradca który siedzi za biurkiem w placówce i do którego przychodzimy sami kiedy mamy taką potrzebę, a bardziej podejrzany jest doradca który sam nas namierzył przez rodzinę lub znajomych i właśnie dzwoni z super hiper bajer korzystną dla nas ofertą).

Nie zrozumcie mnie źle – to nie jest tak, że doradcy finansowi to jakaś banda oszustów i krwiopijców i nie jest to zajęcie dla przyzwoitego człowieka. Bardzo często będzie tak, że rozwiązanie korzystne dla doradcy (czyli dla banku lub ubezpieczalni) będzie również korzystne dla nas. Wcale jednak tak być nie musi. Dlatego z usług doradców korzystać można – ale zgodnie z własnymi potrzebami i na własnych warunkach. Czasem mogą się przydać (na przykład dając od ręki porównanie ofert kilkunastu banków, po których nie musimy już sami biegać dla zebrania danych) – ale pamiętajmy że są tak naprawdę sprzedawcami i należy ich traktować z takim samym zaufaniem jak na przykład sprzedawcę używanych samochodów.

Ciekawym pod-gatunkiem są również doradcy inwestycyjni i różnorakie porady inwestycyjne, szczególnie odnoszące się do giełdy. Zawsze warto sobie zadać pytanie: skoro ktoś jest takim geniuszem że przewiduje trafnie i dokładnie jakie akcje stanieją a jakie podrożeją – to dlaczego dyskontuje swoją wiedzę na przykład dla pisania artykułów za marną wierszówkę zamiast samemu inwestować na giełdzie i zarabiać miliony.

Oczywiście są też prawdziwi doradcy finansowi, tacy dla których interes klienta jest zawsze na pierwszym miejscu. Poznamy ich po tym, że to klient im płaci, zazwyczaj sumy na tyle poważne, że skorzystanie z ich usług nie jest opcją dostępną dla zwykłego człowieka.

… co napisawszy uprzejmie informuję, że jakby ktoś nadal poszukiwał porady w sprawach finansów osobistych to jestem do dyspozycji. Obiecuję, że porada będzie niekoniecznie profesjonalna, ale za to na pewno uczciwa i na pewno nie darmowa.

10:19, marcinhorala
Link Komentarze (3) »
piątek, 05 czerwca 2009
Jak wybrać konto osobiste?

Konto (w bankowej nomenklaturze rachunek oszczędnościowo-rozliczeniowy) to podstawa naszych osobistych finansów. Dobre konto ułatwi nam zarządzanie naszymi pieniędzmi pozwoli nam je zyskownie finansować i generalnie ułatwi nam życie. Konto złe wręcz przeciwnie będzie regularnie wysysać z nas pieniądze i życie nam utrudniać. Dlatego wybrać konto najlepiej pasujące do naszych potrzeb i warto na ten wybór poświęcić trochę czasu. Stawiam nacisk na słowa „pasujące do naszych potrzeb”. Nie ma czegoś takiego jak konto obiektywnie najlepsze – bo różni ludzie korzystają z konta na różny sposób.

Aby wybrać najlepsze dla nas konto potrzebujemy: 1. Historii operacji na naszym koncie z ostatnich sześciu miesięcy; 2. Kilku godzin czasu; 3. Komputera z dostępem do Internetu i arkuszem kalkulacyjnym.

Zaczynamy od sporządzenia sobie listy wszystkich możliwych banków oferujących konta osobiste i od razu usuwamy z niej banki:

 a) Nie mające żadnego bankomatu w okolicy naszego miejsca zamieszkania lub miejsca pracy lub drogi, którą pokonujemy przemieszczając się z jednego w drugie. Innymi słowy: takie, do których bankomatu musielibyśmy specjalnie się fatygować wyraźnie nadkładając drogi. Uwaga: nie chodzi tu o bankomat należący koniecznie do danego banku, tylko bankomat, z którego będziemy mogli podjąć pieniądze bez prowizji, jeżeli ten warunek spełnia pobliski bankomat innego banku lub sieci w rodzaju Euronet czy Cash4You itp., wszystko jest w porządku.

 b) Nie oferujące dostępu do konta przez Internet.

 c) Nie oferujące możliwości założenia powiązanego z ROR-rem rachunku oszczędnościowego oraz rachunku funduszy inwestycyjnych. Łatwo dostępne inne powiązane z kontem produkty finansowe jak indywidualne konto emerytalne, rachunek maklerski czy lokaty strukturyzowane będą zawsze mile widziane, ale nie są niezbędne.

To oczywiście moje wymagania minimum, każdy musi sam je określić decydując, co w korzystaniu z konta uważa za ważne.

Następnie analizujemy półroczną historię naszego aktualnego konta i spisujemy wszystkie operacje jakie w tym czasie wykonaliśmy: przelewy, stałe zlecenia, wypłaty z obcych bankomatów itp.

Kolejnym etapem jest podsumowanie dla naszego konta wszelkich opłaty na rzecz banku, które ponieśliśmy (a więc poza prowizjami za wykonywane operacje również opłaty stałe – za prowadzenie konta, za posiadane karty, za kanały dostępu itp.) – a korzystając ze spisu wykonanych operacji i tabeli opłat innych banków obliczamy, ile byśmy wydali na opłaty i prowizje gdybyśmy przez ostatnie pół roku korzystali z ich oferty na ROR-y.

Ostatnim etapem jest uwzględnienie oprocentowania konta (zazwyczaj żałośnie małego). Po prostu sumujemy półroczne wpływy na konto, dzielimy przez sześć (chyba że nasz bank podaje nam informację na temat średniego salda na koncie, wówczas dzielimy je tylko przez dwa) i mnożymy przez roczną stopę oprocentowania a następnie odejmujemy podatek Belki. O tak otrzymaną kwotę zysków z oprocentowania pomniejszymy obliczone koszty.

I już – mamy czarno na białym czy i ile możemy zyskać na zmianie konta.

Operację starczy wykonać raz na parę lat, chyba że zauważymy jakąś drastyczną zmianę opłat i prowizji w naszym zoptymalizowanym banku, albo drastyczną zmianę naszych zwyczajów korzystania z konta.

Dużo poteoretyzowałem o tych obliczeniach więc może dla rozjaśnienia mały przykładzik.

Grzegorz Bezrefleksyjny od czasu podjęcia pierwszej pracy kilkanaście lat temu ma konto w tym samym banku. Nie pamięta już czemu wówczas wybrał ten bank, który zresztą w międzyczasie zdążył niezliczoną ilość razy zmienić tabelę opłat i prowizji, a raz nawet zmienić nazwę. Grzegorz nigdy nie zastanawiał się nad swoim kontem, po prostu korzystał z niego i tyle.

W ostatnim półroczu Grzegorz Bezrefleksyjny wykonał 26 przelewów (prowizja 1 zł), co miesiąc realizował dwa zlecenia stałe (ustanowienie zlecenia płatne, ale to zrobił wcześniej – a realizacja darmowa), dwukrotnie wypłacał drobne sumy w obcych bankomatach (5 zł od wypłaty), trzykrotnie kupował oferowane przez bank jednostki funduszy inwestycyjnych za łączną kwotę 3600 złotych (prowizja 1%). Za prowadzenie konta płaci 7 zł. miesięcznie, za dostęp do konta przez Internet – 3 zł, za posiadanie karty płatniczej 1 zł, a za dodatkową kartę dla żony – 7 zł.

Jak łatwo więc obliczyć pan Bezrefleksyjny przez pół roku zapłacił bankowi, w którym prowadzi konto 180 złotych.

Konto oprocentowane jest w wysokości 0,1%, łączne wpływy przez pół roku wyniosły 19200 więc uśrednione zyski z oprocentowania to ok. 2,5 złotego.

Jakież było zdziwienie Grzegorza gdy przeglądając oferty innych banków znalazł trzy w których dokładnie wszystko za co do tej pory płacił prowizję było za darmo! Wybrał taki, w którym ROR był najwyżej oprocentowany - wysokości 0,75% (uśredniony zysk z odsetek po opodatkowaniu ok. 19 zł).

Jak widać na tej jednej decyzji Grzegorz zaoszczędzi w skali roku prawie 400 złotych.

Odpowiedzmy sobie na pytanie: czy warto poświęcić dwie godziny lekkiej pracy dla szansy zarobienia kilkuset złotych?

I na koniec jedna ważna uwaga – zdecydowanie nie warto zmieniać ROR-u, jeżeli w najbliższych miesiącach zamierzamy ubiegać się o jakiś większy kredyt, wówczas będziemy potrzebowali kilkumiesięcznej albo i rocznej historii konta.

11:27, marcinhorala
Link Komentarze (3) »
środa, 03 czerwca 2009
Na co i jak oszczędzam?

Dobra, pomądrzyłem się trochę ostatnio np. na temat wyboru funduszy inwestycyjnych – może pora się przyznać jak oszczędzam samemu. Pierwszą cześć opisałem tutaj.

Aktualnie oszczędzam na następujące cele (w nawiasach horyzont inwestycyjny a po myślniku sposób oszczędzania):

Fundusz awaryjny (?) – konto lokacyjne 

Fundusz wcześniejszej spłaty kredytu/poduszka finansowa, cały czas się waham czy wybrać opcję bezpieczniejszą czyli gromadzić te środki, czy bardziej zyskowną od razu dokonując wcześniejszych spłat (?) – konto lokacyjne

Wakacje (1 rok) – konto lokacyjne

Fundusz edukacyjny, żona właśnie rozpoczyna studiować drugi kierunek, a ja pewnie kiedyś chciałbym zrobić jakieś studia podyplomowe (1-5 lat) – konto lokacyjne i lokaty

Zmiana samochodu (5-7 lat) – konto lokacyjne i lokaty

Przyszłość dzieci (20-25 lat) – portfolio: lokaty/fundusze rynku pieniężnego 8%, fundusze obligacyjne 20%, fundusze zrównoważone 30%, fundusze akcyjne 42%

Emerytura/ niezależność finansowa (30-35 lat) – portfolio: lokaty/fundusze rynku pieniężnego 5%, fundusze obligacyjne 25%, fundusze zrównoważone 10%, fundusze akcyjne 45%, akcje GPW 15%.

A wy w jaki sposób oszczędzacie? I na jakie cele?

12:02, marcinhorala
Link Komentarze (8) »
poniedziałek, 01 czerwca 2009
Jak inwestować w fundusze inwestycyjne?

Nie będę się teraz zagłębiał w zagadnienie dywersyfikacji portfolio a co za tym idzie decyzji czy inwestujemy w fundusze akcyjne czy zrównoważone czy może obligacyjne i w jakich proporcjach.

Chodzi mi już o moment gdy podejmujemy decyzję w który konkretnie fundusz zainwestować. Doszliśmy już do momentu, w którym stwierdzamy na przykład dobra, chcę przeznaczyć 1000PLN na fundusz akcyjny – ale który konkretnie?

Najpierw informacja czym się NIE kierować – otóż nie należy się kierować dotychczasowymi stopami zwrotu. To są dane historyczne,  coś co było i minęło. Fundusz, który w historii był liderem wzrostów może teraz być liderem spadków i na odwrót. Jak się komuś chce to może zrobić porównanie do WIG-u lub innego wskaźnika kluczowego dla aktywów w które inwestuje fundusz. W ten sposób zazwyczaj uda się oddzielić fundusze nad-agresywne które zazwyczaj zyskują ponad rynkowe wzrosty ale i tracą więcej niż rynek w trakcie bessy – i fundusze pod-agresywne z którymi jest dokładnie odwrotnie. Jakby ktoś znalazł fundusz, który w długiej perspektywie regularnie pokonywał rynek i w hossie i w bessie to niech da znać o takim dziwie. A mimo to trzeba by taki fundusz traktować z rezerwą bo to nadal tylko będą dane historyczne nie mające bezpośredniego przełożenia na przyszłość.

Czym więc się kierować wybierając fundusz? Ano wysokością opłat i prowizji. Zwłaszcza przy dłuższym horyzoncie inwestycyjnym (a tylko przy takim horyzoncie rozważałbym pakowanie oszczędności w cokolwiek poza lokatami i obligacjami) te klika procent rocznie składa się w spore sumy.

Zazwyczaj jest tak że jak giełda rośnie to i fundusze rosną i jak giełda spada to fundusze spadają. Są oczywiście różnice w skali tych wzrostów i spadków ale są one jako się rzekło trudne do przewidzenia i bardzo niepewne. Natomiast opłaty i prowizje są jak najbardziej pewne i nie małe. To czy uda się trafić w przyszłego lidera wzrostów jest dla zwykłego ciułacza loterią. Natomiast trafić w lidera kosztów możemy bez pudła i bez pudła możemy go uniknąć. A jeżeli opłaty i prowizje liczą się w procentach to są to naprawdę znaczące sumy. Jeżeli za lokatę dostaniemy 4% a fundusz bierze 4% prowizji za zarządzanie – to na starcie, żeby tylko zrównać się lokatą musi zarobić co najmniej 8%. Dodatkowe opłaty i prowizje za kupno i umorzenie jednostek zbliżają deal do poziomu skandalu i złodziejstwa w biały dzień.

Oczywiście należy pamiętać, że tu też obowiązuje zasada nie wkładania wszystkich jajek do jednego koszyczka czyli dywersyfikacji. Czyli nie tylko jak chcemy zainwestować 10 tys. to wkładamy np. 4 tys. w lokaty, 4 w fundusze akcyjne i 2 tys. w indywidualne akcje – ale również te 4 tys. na fundusze akcyjne nie wkładamy w jeden tylko dzielimy na trzy – cztery fundusze.

Zauważyłem, że u frugala zachęca to komentatorów do aktywności, więc również zakończę post w jego stylu pytaniem: a jak wy wybieracie w które fundusze zainwestować?

11:20, marcinhorala
Link Komentarze (10) »