RSS
wtorek, 25 sierpnia 2009
Najlepsza inwestycja - spłać swoje długi

Cieszę się, że piszę te słowa latem 2009, bo mi Państwo uwierzą. Jeszcze rok temu pewnie wielu mi by nie uwierzyło.

Otóż nie ma genialnego sposobu na giełdowe zyski. Nie ma, po prostu nie ma, możliwości żeby na giełdzie bezpośrednio lub pośrednio przez fundusze zarabiać 15, 20, czy 30% rocznie w dłuższej perspektywie czasu. To znaczy jest to możliwe, ale dla zawodowych inwestorów. I to tych najlepszych.

Dla przeciętnego człowieka, który wie o rynku tyle, co przeczyta w gazecie i obejrzy w telewizyjnym programie o gospodarce, osiągnięcie takich zysków możliwe jest jedynie poprzez szczęśliwy traf. Poprzez zainwestowanie wszystkich środków w akcje jednej-dwóch spółek które akurat będą nadzwyczajnie dobrze się miały. Takie inwestowanie to nie inwestowanie tylko hazard. Równie dobrze można udać się do kasyna i „inwestować” na ruletce.

Jeżeli więc pracujemy zawodowo i chcemy inwestować to co uda nam się odłożyć z pensji najbardziej ryzykowną strategią – ale jeszcze z dziedziny inwestycji a nie hazardu – jest inwestowanie w starannie dobrany zdywersyfikowany koszyk akcji, albo w agresywne fundusze inwestycyjne. W obydwu przypadkach rozsądnym jest liczyć w dłuższej perspektywie czasu (powyżej 10 lat) na zysk nie wyższy niż 7-8% (i to jest wariant optymistyczny, równie dobrze może to być na przykład 5%).

Niejeden „inwestor” gdyby mu przedstawić powyższy wywód latem 2008 roku wyśmiałby mnie. On przecież przez ostatnie trzy lata na swoim agresywnym funduszu zarobił  średnio 20 a niejeden i 30 %...

Jest jednak coś co przynosi pewne zyski rzędu kilkunastu – dwudziestu kilku procent rocznie. Są to pożyczki i kredyty konsumpcyjne, a owe zyski przynoszą one – naszym kosztem – bankom. Jeżeli więc zastanawiam się w co zainwestować wolne kilkaset złotych – a mam zadłużenie na karcie kredytowej lub inny kredy konsumpcyjny – decyzja jest prosta. Spłacając przed czasem kredyt konsumpcyjny zaoszczędzimy – a więc w pewnym sensie „zarobimy” – na nie zapłaconych odsetkach pewne kilkanaście – dwadzieściakilka procent. Nie ma lepszej „inwestycji”.

13:55, marcinhorala
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 20 sierpnia 2009
Czy warto wcześniej spłacać kredyt hipoteczny?

Pomysł by przed czasem spłacać kredyt hipoteczny wzbudza wiele kontrowersji. Wielu doradców finansowych dzieli długi na „dobre” i „złe” zaliczając hipotekę do tych pierwszych. Po co wcześniej spłacać kredyt oprocentowany na 3, 4 czy nawet 7 procent podczas gdy na giełdzie można osiągnąć zyski rzędu 10-15-20 % spytają niektórzy (choć pewnie od czasu krachu na giełdzie na jesieni 2008 pytających będzie mniej).

Otóż moim zdaniem warto przynajmniej próbować wcześniej spłacać hipotekę z dwóch powodów.

Po pierwsze komfort psychologiczny nie posiadania żadnych długów jest bezcenny. Poczucie że się pracuje dla siebie a nie dla banku, zdecydowanie większa wolność w wyborze zatrudnienia, brak konieczności śledzenia kursów i w ogóle spokojniejsza głowa – to wszystko są nagrody za pozbycie się wszelkiego rodzaju kredytów, nawet tych nisko oprocentowanych hipotecznych.

Po drugie i ważniejsze wcześniejsze spłacanie hipoteki pozwala nam – pomimo relatywnie niskiego oprocentowania – dość dużo zaoszczędzić. Dzieje się tak dlatego, że owo niskie oprocentowanie naliczane jest zazwyczaj przez bardzo długi okres czasu. A więc, przy spłacie w równych ratach przez pierwsze lata spłacamy głównie odsetki, a kapitał pozostaje prawie nietknięty. Dokładając więc stosunkowo niewielką sumę możemy więc znacznie przyspieszyć spłatę. Przykładowo moja miesięczna rata wynosi ok. 250CHF, z czego zaledwie 50-80 CHF to kapitał, a reszta to odsetki. A więc zwiększając wysokość spłat z 250 do 300 CHF prawie podwoję wysokość spłacanego kapitału. A podwojenie szybkości spłaty kapitału oznacza uniknięcie odsetek idących w skali całego kredytu w dziesiątki tysięcy złotych.

Trzeba tylko pamiętać o jednym – wcześniejsze spłacanie hipoteki to zabawa dla osób które już całkiem dobrze stoją finansowo. Mają spłacone wszystkie inne długi i porządny fundusz awaryjny. Pieniądze przedpłacone w hipotece trudno od ręki odzyskać – trzeba by wziąć dodatkowy kredyt lub powiększyć sumę istniejącego co jest długotrwałe i kosztowne. A więc zanim „uwięzimy” pieniądze w naszej nieruchomości musimy mieć solidną sumkę na wszelki wypadek. No i dokładnie przestudiować tabelę opłat i prowizji, aby przypadkiem nie wpaść w jakieś dodatkowe koszty.

13:41, marcinhorala
Link Dodaj komentarz »
piątek, 14 sierpnia 2009
Jak zwiększyć dochody?

Zwiększanie zamożności jest jak kij mający dwa końce – zmniejszanie wydatków i zwiększanie dochodów. Zazwyczaj więcej się mówi – również na tym blogu – o ograniczeniu wydatków. Nawet słusznie, bo jest to czynność łatwiejsza do wykonania i dostępna każdemu bez względu na okoliczności. Nie można jednak zupełnie zapominać o drugim końcu kija – zwiększaniu dochodów. Szczególnie, że w oszczędnościach prędzej czy później dojdziemy do ściany, do momentu w którym więcej już nie da się oszczędzić. A więc jedynym sposobem by szybciej posuwać się w kierunku realizacji naszych celów będzie zwiększenie dochodów.

Niestety tak to jest w świecie zawodowym – szczególnie polskim świecie zawodowym ubogim w jasne kryteria awansu i rozwoju – że nie dostaniemy czegoś, o co nie będziemy się upominać. Szczególnie jeżeli tym czymś jest podwyżka. Gdy piszę te słowa kryzysowe czasy zdecydowanie nie sprzyjają rozmowom o podwyżce, niemniej prędzej czy później właściwie dla każdego pracownika przyjdzie czas, gdy rozmowa taka jest niezbędna.

Innym sposobem na wyciągnięcie dodatkowej kasy ze swojej pracy będzie wzięcie nadgodzin lub jakichś dodatkowych zleceń. Oczywiście nie w każdej pracy jest to możliwe, ale jak jest to czemu nie skorzystać?

Poważnym źródłem dodatkowego dochodu może być dodatkowa praca. Najlepiej pozwalająca nam na rozwój naszych kompetencji lub co najmniej z niej korzystająca. Chociażby korepetycje z jakiegoś przedmiotu szkolnego, lub jeszcze lepiej obcego języka. Może nie na pełen etat ale są też inne możliwości – konsultacje, pisanie. Są wreszcie prace – niestety nisko płatne – które nie wymagają praktycznie żadnych kwalifikacji i rozliczane są godzinowo. Świetnym pracodawcą są tu sieci fast fordów, które w dodatku ostatnio zdają się odchodzić od schematu zatrudniania wyłącznie uczniów i studentów. Oczywiście, zwłaszcza dla kogoś o dobrej pozycji zawodowej i społecznej, zawijanie hamburgerów nie wydaje się najlepszym pomysłem na spędzanie sobotnich wieczorów – ale jeżeli to zawijanie przez parę miesięcy ma pomóc wyjść z pułapki zadłużenia to chyba warto.

Kolejnym sposobem jest wyciągnięcie jakichś pieniędzy z naszego hobby. O ile oczywiście mamy takie szczęście że naszym hobby jest robienie czegoś za co ktoś chciałby zapłacić. Malowanie obrazów, konwersacje w obcym języku, haftowanie obrusów albo, ja wiem, pisanie bloga (halo, halo, reklamodawcy, jest tam kto?)

Wreszcie możemy przyjrzeć się krytycznie zalegającym w domu rzeczom. Być może udałoby się coś z nich sprzedać na przykład na Allegro. Najlepiej do tego nadają się książki (szczególnie w miarę świeże podręczniki), markowe ubrania w dobrym stanie, sprzęt elektroniczny – ale spróbować można właściwie z wszystkim. Dodatkowa korzyść, że uda nam zwolnić trochę miejsca w domu.

A może czytelnicy podsuną jeszcze inny sposób, by zarobić parę złotych ekstra?

07:42, marcinhorala
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 10 sierpnia 2009
Jeszcze o dzieciach i pieniądzach

Kiedyś czytałem, że wychowanie jednego dziecka od urodzenia do samodzielnej dorosłości kosztuje średnio tyle co nowy mercedes. Sam mam dzieci i jak na razie stwierdzam, że nie jest aż tak tragicznie – ale niewątpliwie jest coś na rzeczy.

Każdy normalny rodzić chce zapewnić jak najlepsze dzieciństwo swoim potomkom. Wielu chciałoby też zapewnić dzieciom lepszą przyszłość (o czym już pisałem tutaj). Niestety często również rodzice próbują za pośrednictwem dzieci realizować swoje nie spełnione ambicje i marzenia. Równie często wydawanie pieniędzy na kosztowne zajęcia dodatkowe czy prezenty służy zagłuszeniu wyrzutów sumienia z powodu poświęcania dzieciom małego ułamka czasu i uwagi.

Dlatego sposób wyłudzania naszych pieniędzy metodą „na dziecko” stał się jedną z ulubionych metod marketingowych naciągaczy. Zwykły sok z kupowanego hurtowo koncentratu można sprzedać z przebitką kilkaset procent jeżeli się go rozleje do małych buteleczek z wygodnym dzióbkiem i oklei etykietą z misiem czy inną kaczuszką. A jak do tego jeszcze wykupimy reklamę opowiadającą ile to w soku jest witamin dzięki którym dziecko zdrowo się chowa…

Naturalnym odruchem rodziców jest odejmowanie sobie od ust żeby było dla dzieci. To pięknie i szlachetnie, ale my, rodzice, musimy sobie też wbić do głowy że nasze dzieci nie będą szczęśliwe wprost proporcjonalnie do wysokości kwot, jakie na nie wydamy. Że szczęśliwych dzieci z bogatych rodzin jest pewnie mniej więcej tyle samo co z rodzin biednych. Że nawet w przyszłości to jak nasze dzieci sobie poradzą w życiu zależy bardziej od ich charakteru, umiejętności, nawyków – a miej od przedmiotów i pieniędzy które im damy.

Natomiast te naturalne instynkty opiekuńcze rodzice mogą też wykorzystać na swoją – i rodziny – finansową korzyść. Otóż dzieci mogą być potężnym motywatorem. Chęć zapewnienia im możliwie dobrej przyszłości, lub przynajmniej nie bycia dla nich ciężarem na starość – może skutecznie przekonać do oszczędnego stylu życia.

13:13, marcinhorala
Link Komentarze (1) »
piątek, 07 sierpnia 2009
Metoda na jedno bum

Każdy z nas ma jakiś słaby punkt, jakąś dziurę, przez którą wyciekają nam pieniądze. Dla jednego będą to zakupy w hipermarkecie, dla innego kupowanie płyt albo książek, kto inny wydaje setki złotych miesięcznie na jedzenie w restauracjach.

 Bardzo dużą pomocą w utrzymaniu finansowej dyscypliny będzie, więc wykorzenienie tej jednej przyczyny nadmiernych wydatków, załatanie tej jednej dziury. Ale wymaga to działań radykalnych – jeżeli za dużo wydaję na książki to w ogóle przestaję wchodzić do księgarni, jeżeli na ubrania – do butików, jeżeli na jedzenie poza domem – do restauracji. A może sprzedać samochód albo zrezygnować z wyjeżdżania z domu na wakacje? W każdym razie chodzi o to, że  z tej jednej, jedynej rzeczy rezygnuję po prostu całkowicie, przynajmniej do czasu gdy finansowo wyjdę na prostą.

 Dla niektórych osób ten sposób może się okazać łatwiejszy. Zamiast budżetować, kombinować, pilnować się, urywać po parę złoty to tu to tam – po prostu rezygnuję z jednej jedynej rzeczy (ale z żelazną konsekwencją), resztą się zupełnie nie przyjmuję - i tym jednym wybuchem w osobistych przyzwyczajeniach uwalniam kilkaset złotych miesięcznie na spłatę długów czy oszczędności. Jeżeli inne sposoby zawiodły, może warto spróbować tego?

10:21, marcinhorala
Link Dodaj komentarz »
środa, 05 sierpnia 2009
Konsumpcja telewizyjna

Poświęćmy chwilę refleksji specyficznemu modelowi konsumpcji – nazwijmy ją telewizyjną

Wśród znajomych i rodziny obserwują pewną prawidłowość: im mniejszy dochód/ większe problemy finansowe – tym większy (nowocześniejszy) telewizor w salonie.

Oczywiście to uogólnienie i zdarzają się wyjątki, ale zdecydowanie jest coś na rzeczy. Im ktoś biedniejszy tym bardziej jest skłonny się zadłużyć żeby tylko podwyższyć poziom swojej telewizyjnej konsumpcji. Nierzadkim widokiem jest jakaś rozpadająca się chatka albo obdrapany blok z mieszkaniami socjalnymi upstrzony talerzami telewizji cyfrowej.

Dlaczego akurat telewizor i telewizja ma takie wzięcie wśród biedniejszych? Dodajmy wzięcie tak duże, że są na nie w stanie wydawać znacznie więcej niż ludzie bogatsi?

Wydaje mi się, że telewizor ma kilka specyficznych cech predestynujących go do takiej roli.

Po pierwsze jest dobrem nie-użytkowym. Można również wydać dużo pieniędzy na pralkę czy lodówkę, ale to nie to samo. Pralka, lodówka czy inne sprzęty służą konkretnym celom, mają użytkowe zastosowanie. To zastosowanie niejako „sprowadza na ziemię” subiektywne poczucie wartości sprzętu. Powiemy sobie: po co wydawać tyle na pralkę, skoro pralka połowę tańsza tak samo pierze ubrania. Telewizor nie ma takiego utylitarnego „czynnika sprawdzającego”. Ma dostarczać rozrywki, jedynym miernikiem jest subiektywna przyjemność z użytkowania – a tę stosunkowo łatwiej wmówić przez sugestię w reklamach i autosugestię konsumenta wtórnie racjonalizującego decyzję o zakupie.

Po drugie jest dobrem uniwersalnym i egalitarnym. Poza bardzo nielicznymi wyjątkami, jakiś tam telewizor ma każdy i coś tam na nim ogląda. Posiadanie telewizora nie stygmatyzuje bo wiemy że również osoby o wysokiej pozycji społecznej telewizor mają i oglądają. A więc odwrotnie – w tym jednym aspekcie możemy poczuć się zrównani ze stojącymi wyżej od nas, a więc nie gorszymi choć na tym jednym polu.

Po trzecie jest w zasięgu ręki dla zwykłych ludzi. Poza jakimiś zupełnie odjechanymi modelami, telewizor mieści się w cenie kilku tysięcy złotych a więc dostępnej niemal dla każdego kto ma jakiś stały dochód.

To wszystko powoduje wzmiankowaną popularność telewizyjnej konsumpcji. A jest ona żyłą złota dla producentów. Mogą co chwila wymyślać nowe techniczne nowinki którymi naganiać będą klientów. I nawet nie muszą się troszczyć o jakość – i tak najdalej za kilka lat klient przyleci po nowy telewizor z zupełnie nowymi bajerami.

Czy ktoś pamięta jeszcze nagonkę na to, że trzeba wymienić telewizor na taktowany 100Hz? Wślepiałem się wówczas w sklepie na stojące obok siebie telewizory 100Hz i nie 100Hz przez ładnych kilka minut i nie zauważyłem różnicy – ale wielu znajomych przekonywało mnie że to 100Hz trzeba sobie koniecznie kupić. Do tej pory nie wiem co to znaczyło. Ci, co wówczas kupowali wielkie kineskopowe szafy z tym magicznym 100 Hz zdążyli już w międzyczasie kupić sobie nową plazmę a potem jeszcze nowsze LCD oczywiście full HD. Ja natomiast nadal oglądam mój pierwszy i jedyny jak do tej pory, stary telewizor kineskopowy bez 100 Hz o full HD nie wspominając i jakoś żyję. I zamierzam nie kupować nowego telewizora dopóki aktualny nie padnie tak, że nie da się go naprawić. A swoją drogą czy to nie symptomatyczne że sześcioletni telewizor uchodzi za stary? Moja mama swój pierwszy telewizor kupiła pod koniec lat 60-tych i służył jej do początku lat 90-tych roku. Z kupionego na początku lat 90-tych korzysta do dziś.

09:41, marcinhorala
Link Komentarze (4) »
poniedziałek, 03 sierpnia 2009
Wydawanie pieniędzy jest dobre!

Czytelnikom wcześniejszych moich rozważań może się wydawać że moim ideałem jest jakiś skąpiec rodem z kart Dickensa, który sam głodem przymiera, innym ani centa nie da i tylko przelicza mnożące się pieniądze. Jeżeli z lektury tego co wcześniej pisałem odnieśliście wrażenie, że wydawanie pieniędzy, kupowanie rzeczy i usług, jest złe – to nie jest to prawda. Wcale tak nie uważam.

Pieniądze podobno szczęścia nie dają, ale szczerze mówiąc jeszcze mniej szczęścia daje ich brak. Pieniądze są po to żeby je wydawać, ale żeby je wydawać trzeba je najpierw mieć. Temu dokładnie służą moje porady, mają doprowadzić do tego żeby mieć pieniądze i żeby móc je wydawać – na sprawy, które są naprawdę ważne.

Godne życie na emeryturze, zapewnienie przyszłości dzieciom, domek w lesie nad jeziorem, podróż dookoła świata - czy co tam sobie jeszcze można wymarzyć - wymagają pieniędzy. Pieniędzy które trzeba mieć, a więc nie można ich zmarnować na zbędne zakupy pod wpływem impulsu, na przepłacane media, na niepotrzebne usługi i tak dalej. Nie można pozwolić pieniądzom „się rozchodzić” właśnie po to żeby móc je wydać na rzeczy które naprawdę będą przydatne, dadzą przyjemność, będą ważne.

Ale i w krótkim okresie czasu wydawanie pieniędzy jest dobre, pieniądze są po to, żeby z nich korzystać. Wizyta w absurdalnie drogiej restauracji, wyjazd na weekend, markowe ubranie – czemu nie. Ale nie kosztem wpędzania się w finansowe kłopoty. Jeżeli więc kontrolujesz swoje wydatki, regularnie spłacasz kredyty i powiększasz oszczędności, masz wdrożony plan który pozwoli ci odłożyć na ważne dla ciebie cele, twoja wartość netto systematycznie rośnie, i jeszcze coś zostało możesz spokojnie to coś wydać na sprawienie sobie przyjemności.

Czasami jeżeli założymy sobie w miesiącu jakiś drobny funduszyk na przyjemności, „szaleństwa” czy nawet „zmarnowanie” łatwiej nam będzie utrzymać w rygorach pozostałe wydatki i pozostać na finansowym kursie. Podczas gdy maksymalizm, oszczędzanie każdego grosika i odmawianie sobie jakichkolwiek przyjemności spowoduje szybkie wypalenie, zniechęcenie i całkowity odwrót od zdrowych nawyków finansowych. Nikt na dłuższą metę nie wytrzyma życia mnicha (poza mnichami).

Można również stosować fundusz „przyjemnościowy” jako sposób automotywacji. To znaczy wiązać osiągnięcie finansowych celów z jakimś ekstra bonusem na przyjemności. Na zasadzie, na przykład – „jeżeli w tym roku uda mi się oszczędzić 3 tys. na koncie emerytalnym, zwiększyć fundusz awaryjny do 5 tys. i spłacić ten kredyt na urządzenie kuchni – to przeznaczę 2 tys na jakiś kilkudniowy urlop”.

Pieniądze są po to, żeby je wydawać.

08:18, marcinhorala
Link Komentarze (1) »