RSS
wtorek, 29 września 2009
Co robić z rachunkami?

Po pierwsze co do rachunków mam jedną fundamentalną poradę na temat co z nimi robić – otóż przede wszystkim należy je płacić. Odsuwanie w czasie tej bolesnej operacji zazwyczaj wpędzi nas w coraz większe kłopoty. Paleta owych kłopotów jest ogromna – od zwykłej kary za zwłokę po wizytę pana komornika.

I znów pozwolę sobie na skłon na psychologiczną stronę finansów osobistych. Otóż matematycznie największy sens ma płacenie rachunku w ostatnich dniach ich zapadalności. Płacąc rachunek wcześniej udzielamy na swój koszt nie oprocentowanego kredytu.

Jako się rzekło ja jednak wyżej cenię korzyści psychologiczne – spokojna głowa, brak możliwości pomyłki czy tez zapomnienia o terminie. Przeterminowanie jednego rachunku może przecież spowodować kłopoty niewspółmierne do zysków z trzymania przez kilka dni dłużej pieniędzy na koncie.

Dlatego ja osobiście stosuję i proponuję inną zasadę. Jeżeli tylko środki finansowe na to pozwalają rachunki płacę niezwłocznie po ich otrzymaniu, bez względu na termin zapadalności. Dla dodatkowego bezpieczeństwa można nawet je troszkę nadpłacać, wypracowując sobie bufor na wypadek jakiejś wpadki albo gorszego miesiąca (ja aż tak daleko się nie posuwam). Dzięki temu może tracę parę złotych na odsetkach, ale jestem gotów tyle zapłacić za przyjemność ze świadomości że nie wisi mi nad głową żaden rachunek do zapłacenia.

13:12, marcinhorala
Link Komentarze (5) »
czwartek, 24 września 2009
Ile ci zostało z tego co zarobiłeś?

Pisałem już o tym jak obliczać swoją wartość netto. Pytanie oczywiście po co, jeżeli ktoś nie jest maniakiem statystyki takim jak ja i nie czerpie przyjemności z wypełniania tabelek i robienia na ich podstawie wykresików. Otóż chociażby po to, żeby się zmotywować do pracy nad swoimi finansami.

Gdy pierwszy raz w życiu obliczamy wartość netto warto obliczyć jeszcze jedną rzecz – ile z grubsza rzecz biorąc w życiu zarobiliśmy (dostaliśmy, odziedziczyliśmy itp.). Oczywiście zwłaszcza u starszych osób dokładne wyliczenie jest niemożliwe. Ale można spróbować choć na oko. Aby uwzględnić inflację i zmianę wartości nabywczej można się przyrównać do średniej krajowej – gdy piszę te słowa wynosi 3 tys. z hakiem brutto. Czyli powiedzmy, 2 - 2,5 tys. „na rękę”. Zarobki z ostatnich lat liczymy więc według ich rzeczywistej wysokości natomiast starsze na oko na zasadzie – zarabiałem trochę słabiej niż średnio to policzę sobie 2 tys., a jak w porównaniu do innych zarabiałem bardzo dobrze to policzę 4 albo 5. Niestety w okresie PRL gospodarka była na tyle księżycowa, że dla osób zarabiających dłuższy czas w tamtym okresie nie ma chyba sensu dokonywać tego rodzaju obliczeń. Będą szacunkowe w stopniu tak dużym, ze właściwie będą zgadywane a nie obliczany. Do tego dodajemy wszelkie darowizny, spadki itp. których byliśmy beneficjentami.

I po prostu przyrównujemy jedno do drugiego tzn. aktualną wartość netto do tego ile w życiu łącznie zarobiliśmy (czy też dostaliśmy w inny sposób). Dla wielu osób okaże się że zachowali jakiś minimalny ułamek, na przykład jedną dziesiątą tego co w życiu zarobili. Reszta „rozeszła się”, poszła z dymem, nie ma i nie wróci. Może być jeszcze gorzej – zarobiliśmy, dostaliśmy itp. kilkaset tysięcy a obecna wartość netto ujemna…

Jeżeli nic innego nie jest w stanie zmotywować do oszczędnego stylu życia to może zmotywuje uświadomienie sobie jak wiele pieniędzy w życiu wyciekło nam przez palce. I ile więcej moglibyśmy teraz mieć, gdyby udało nam się choć trochę zmniejszyć ten wyciek.

13:17, marcinhorala
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 21 września 2009
Na co wydać niespodziewaną kasę?

Żeglując po polskiej blogosferze personal finance (w najbliższym czasie powinny po prawej pojawić się nowe linki). Natrafiłem na wpis o tym co by autor (blogu Finanse domowe - patrz linki po prawej) zrobił gdyby wygrał 1tys. 10tys. lub 1 milion złotych. Fajny pomysł, dla mnie takie rozważania to ulubiona umysłowa rozrywka gdy nie można nic czytać (np. na fotelu u dentysty).

A więc jakbym rozdysponował:

1 tys.

kupiłbym nowy aparat fotograficzny (tak przy okazji - cele oszczędzania, które sobie wyznaczyłem na ten rok zrealizowałem w sierpniu więc teraz jestem na etapie realizacji kilku poważniejszych zakupów)

10tys.

2,5 tys. - zakup telewizora do sypialni

2 tys. - wcześniejsza spłata kredytu hipotecznego

1,3tys - zawiększenie funduszu awaryjnego

1 tys - fundusz emerytalny

1 tys. - opłaty za studia żony

1 tys. - zakup nowego aparatu fotograficznego

1 tys. - zakup nowych opon do samochodu

200 - randka z żoną

MILION

250 tys. - fundusz emerytalny (rozważyłbym jego zainwestowanie w znacznej części nieruchomość w postaci działeczki w atrakcyjnym turystycznie miejscu zabudowanej domkiem letniskowym czyli połączenie przyjemnego z pożytecznym)

200 tys. - przyszłość dzieci

160 tys. - całkowita spłata kredytu hipotecznego

80 tys. - fundusz mojego hobby czyli działalności politycznej

80 tys. - fundusz hobbystyczny żony

50 tys. - fundusz przyszłej wymiany samochodów

50 tys. - jakiś cel społecznie użyteczny (choć pewnie nie zawiązany z klasyczną dobroczynnością, tylko raczej z bardzo u nas niedocenianą obywatelskością, krzewieniem idei itp.)

40 tys. - bieżące zakupy (m. in. drugi samochód, nowa pralka, nowy aparat fotograficzny, nowy laptop, telewizor do sypialni, nowe opony do samochodu, dysk USB)

30 tys. - fundusz wakacyjno-podróżniczy

25 tys. - zwiększenie funduszu awaryjnego

15 tys. - studia żony

15 tys. - prezenty dla rodziny

5 tys. - odjechany weekend w jakimś europejskim mieście, (samolot, dobry hotel itp.) dla uczczenia wygranej/spadku

 Tak, lubię sobie pomarzyć. A wy na co wydalibyście taką kasę? 

15:07, marcinhorala
Link Komentarze (4) »
sobota, 19 września 2009
Jak kupić samochód?

Oczywiście  najlepiej nie kupować. Czasem jednak kupić musimy albo po prostu chcemy. Jak więc kupić samochód w sposób rozsądny finansowo?

Jeżeli mamy już samochód to znów – najrozsądniejszy sposób kupna to nie kupowanie w ogóle. Samochód to przedmiot użytkowy służący do przemieszczania nas, naszej rodziny i naszych bagaży z punktu A do punktu B. Jeżeli wszystkie nadmienione wyżej osoby i bagaże się do niego mieszczą – i zachował on kluczową zdolność do przemieszczania – to czego chcieć więcej? Zwłaszcza jeżeli to więcej to głównie subiektywne wrażenia i protezy poczucia własnej wartości – efekt gilania nas po mózgu przez speców od marketingu.

No ale z tego czy z innego powodu zdecydowaliśmy – kupujemy. W takim wypadku najważniejsze żeby kupić samochód, na który nas stać. Jeżeli do zakupu konieczny jest kredyt oczywista to oznaka, że na samochód nas nie stać, lepiej kupić tańszy albo wziąć na wstrzymanie i jeszcze pooszczędzać.

Bez względu na to, na co nas stać zdecydowanie odradzam kupno samochodów fabrycznie nowych z salonu. Samochód najwięcej proporcjonalnie traci przez pierwsze 3-5 lat eksploatacji, często ponad połowę wartości. Dlaczego to mają być nasze straty? Już przez sam fakt wyjechania z salonu z fabrycznie nowego staje się używanym i wyraźnie tańszym. Znów – po co ponosić te straty, niech poniesie je kto inny za nas.

Prywatnie przychylam się do takiej właśnie opcji – zakup 3-5 letniego samochodu z niskim przebiegiem, w bardzo dobrym stanie, z pewnego źródła. O ile oczywiście nas na to stać bez podpierania się kredytem. Taki samochód stracił już pewnie około połowy swojej wartości – a przy starannej eksploatacji posłuży jeszcze dziesięć lat i więcej.

Aby zminimalizować potencjalne kłopoty wynikające z zakupu  auta z drugiej ręki (pochodzenie z przestępstwa, ukryte usterki) konieczne jest właśnie to pewne źródło. A więc w pierwszym rzędzie od rodziny lub znajomych, w drugim od dealera, w trzecim z renomowanego – ale naprawdę renomowanego – auto-komisu. W drugim i trzecim przypadku niewątpliwie trochę przepłacimy w stosunku do rynkowej średniej. Biorąc pod uwagę możliwe potencjalne kłopoty i koszty związane z samochodem z niepewnego źródła, to chyba warto. Raczej też lepiej kupić auto z polskiego salonu, bo wówczas można łatwo i pewnie zweryfikować faktyczny przebieg i historię auta.

Szczególnie dobrym, a nie docenianym, źródłem zakupu samochodu jest rodzina i znajomi. Bliscy znajomi, dodajmy. Po prostu wówczas mamy całkowitą pewność że samochód nie jest kradziony, odwinięty ze słupa itp. – i znamy jego historię, problemy z eksploatacją itp. Oczywiście o ile członek rodziny czy znajomy opowiadał o swoim samochodzie na długo zanim zdecydował się go sprzedać. Możemy wówczas założyć że opowiadał szczerze (mało kto jest tak perfidny żeby świadomie fałszować swoje opinie o samochodzie na wszelki wypadek bo może za parę lat będzie go sprzedawał komuś ze swojego otoczenia). Jeżeli akurat nikt z otoczenia nie sprzedaje samochodu, może warto wyjść samemu z propozycją w rodzaju „może chciałbyś sprzedać swój samochód? Chętnie go kupię za x złotych”. Albo chociaż go sobie „zaklepać”, poprosić, żeby jak będzie sprzedawał dał nam znać. Są osoby zafiksowane na kupowaniu nowych samochodów i dość częstym ich zmienianiu. Jeżeli przy tym taka osoba w miarę o swoje samochody dba, może stać się dla nas stałym źródłem zakupów na lata.

Kupując samochód powinniśmy cały czas powtarzać sobie jak mantrę: to jest urządzenie do przemieszczania mnie z punktu A do punktu B. Nie ma potrzeby żeby ze mną przemieszczały się metry szcześcienne powietrza (więc jeżeli tylko sytuacja rodzinna pozwala im mniejszy samochód tym lepszy), normalne ucho nigdy nie wyczuje czy ma dziesięć głośników czy cztery (no chyba że ktoś cierpi na zaawansowaną audiofilię) kręcenie korbką u drzwi jest mniej przyjemne od wciskania guzika – ale czy to drugie naprawdę warte jest X pieniędzy i tak dalej.

Celować powinniśmy w samochody tanie, przede wszystkim tanie w eksploatacji a więc rzadko psujące się, popularne (szeroka dostępność części zamiennych i duży wybór mechaników znających się na naprawie), mało palące. Która marka spełnia te kryteria to już temat dla znawców motoryzacji, do których się nie zaliczam, w przeciwieństwie do (we własnym mniemaniu) milionów rodaków. Mających też milion rozbieżnych opinii. Ja osobiście jestem też umiarkowanym zwolennikiem zagazowania auta – ale tu też opinie są zróżnicowane.

PS. Jeżeli mogę troszkę jednak sobie pobawić się w wujka dobrą radę na temat wyboru marki i modelu to tylko na podstawie osobistych doświadczeń. A radę mam jedną: nie warto kupować Volkswagenów. Są to jak sama nazwa wskazuje auta dla ludu tymczasem nie wiedzieć czemu w Polsce są traktowane (i widać to również po cenach) jako o „oczko” lepsze od bezpośrednich konkurentów. To chyba wpływ komuny w której jak już się zdarzyło komuś zaznajomić z zachodnią motoryzacją, to najczęściej tą zza zachodniej granicy (a właściwie dwóch). W porównaniu z samochodopodobnymi wyrobami PRL-u każdy zachodni samochód był szczytem komfortu i bezawaryjności – a dla szerokich mas najczęstszą egzemplifikacją „zachodniego samochodu” był golf, względnie pasek. W efekcie do dziś auta te cieszą się – według moich doświadczeń niezasłużoną – estymą. Osobiście mam mieszaną przyjemność od dwóch lat z golfem „czwórką” i ani komfortem ani bezawaryjnością nie odbiega na plus, a czasem odbiega na minus, od podobnym wiekiem innych aut kompaktowych z którymi mogłem się w miarę blisko zapoznać. Co najmniej Nissan Almera i Toyota Corolla są moim skromnym zdaniem zdecydowanie lepszym wyborem. A co najmniej nie gorszym. Jeżeli nie widać różnicy – to po co przepłacać? Choć to oczywiście tylko moje subiektywne zdanie oparte na kontaktach z pojedynczymi egzemplarzami.

08:06, marcinhorala
Link Komentarze (8) »
poniedziałek, 14 września 2009
Wiedza nie boli

Wiedza nie boli, ale zdecydowanie w życiu pomaga. Ta generalna zasada ma również zastosowanie do finansów osobistych.

Po pierwsze w wymiarze ogólnym im więcej wiemy o finansach osobistych tym lepiej. Warto więc czytać gospodarcze strony w gazetach, czytać blogi takie jak ten, wreszcie książki o finansach osobistych jak się jakaś trafi.

Po drugie – przy zastrzeżeniu z poprzedniego wpisu – jedną z najlepszych inwestycji jest inwestycja w siebie, w zdobywanie wiedzy i umiejętności które z czasem będzie można wykorzystać do zarabiania pieniędzy.

Jest jednak jeszcze jedna ważna okoliczność, w której pęd do wiedzy staje się bardzo przydatnym nawykiem: zawieranie umów, podpisywanie dokumentów itp. Zdecydowanie dobrze wyrobić sobie nawyk czytania od deski do deski ze zrozumieniem wszystkiego pod czym się podpisujemy. Jeżeli w banku stoi za nami rozzłoszczona kolejka to szybciej zrezygnujmy z transakcji, poprośmy o kopię dokumentów do spokojnego przeczytania w domu.

Ta zasada odnosi się z resztą nie tylko do spraw związanych z finansami osobistymi, ale do wszelkich spraw formalno-urzędowych w życiu. Jeżeli ktoś chce od nas naszego podpisu musi się pogodzić z tym, że musimy wszystko, pod czym się podpisujemy, przeczytać a następnie dopytać o sprawy budzące nasze wątpliwości.

Wiem że to co piszę wyżej to banał, ale to jedna z takich zasad o której wszyscy wiedzą i uważają za słuszną – co najmniej raz w życiu każdy się do niej nie zastosował. Ja też podpisałem w życiu kilka ważnych umów/dokumentów bez czytania i tylko szczęściu głupiego zawdzięczam że się przez to nie wpakowałem w jakieś kłopoty.

12:10, marcinhorala
Link Komentarze (1) »
czwartek, 10 września 2009
Czasem nie warto inwestować w wiedzę

Jakoś tak się złożyło że w latach dziewięćdziesiątych zaczęto uznawać wyższe wykształcenie za gwarancję dobrej albo przynajmniej jakiejkolwiek pracy. Był to oczywisty błąd logiczny, od samego wykształcenia, zwłaszcza w jego formalnym sensie, pracy nie przybywa. Jeżeli wśród 10% społeczeństwa, posiadającego wyższe wykształcenie bezrobocie wynosi zdecydowanie mniej niż w całym społeczeństwie – zwiększenie proporcji osób z wyższym wykształceniem do 20% zazwyczaj spowoduje jedynie proporcjonalne zwiększenie bezrobocia wśród osób z takim wykształceniem oraz proporcjonalne obniżenie średniego poziomu wyższego wykształcenia.

W ostatnich latach taki pseudo-boom edukacyjny obserwujemy w Polsce. Namnożyło się różnych Powiatowych Wyższych Szkół Malowania Paznokci tudzież Środkowopomorskich Wyższych Szkół Budowy Jaskiń. Nie wiedzieć dlaczego – być może w wyniku owej medialnej nagonki, że papierek potwierdzający wyższe wykształcenie automatycznie równa się dobrze płatnej pracy – obecnie kto się rusza i na drzewo nie ucieka podejmuje studia na owych szemranych uczelniach.

I tak jak generalnie inwestycja w siebie jest najlepszą inwestycją – tak biorąc pod uwagę powyższe apeluję, żeby jednak czasem wziąć głęboki oddech i się zastanowić. Czy świstek potwierdzający wyższe wykształcenie w kierunku nie dającym żadnych konkretnych umiejętności, z uczelni o zerowym prestiżu, jest naprawdę wart kilkanaście-kilkadziesiąt tysięcy złotych? Należy odpowiedzieć sobie na bardzo proste pytanie: czy te studia/kurs itp. nauczy mnie robienia czegoś, za co ktoś byłby skłonny mi płacić. Jeżeli nie to nauka na danym polu nie jest inwestycją w siebie tylko rozrywką, podnoszeniem poczucia własnej wartości, realizacją aspiracji intelektualnych. Z tej perspektywy warto na chłodno pomyśleć czy tego rodzaju cel jest dla nas wart wydawania naprawdę grubych pieniędzy.

Bo potem przychodzi często rozczarowanie i rozgoryczenie: muszę robić…. (tu wstaw jakąś niewymagającą intelektualnie, fizyczną, manualną, odtwórczą pracę) … a przecież mam wyższe wykształcenie!

10:59, marcinhorala
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 07 września 2009
Trochę o priorytetach

Trochę już się ślizgałem po temacie, ale teraz postanowiłem go usystematyzować.  No więc jesteśmy w godzinie 0, podsumowaliśmy nasze miesięczne dochody i wydatki i wyszło że trochę da się odłożyć. Na co to „trochę” przeznaczyć? Oto moja propozycja:

 1. Mały fundusz awaryjny. Jak już pisałem to absolutna podstawa. Ten 1-2 tys. na nieprzewidziane wydatki musimy mieć zanim się zabierzemy za cokolwiek innego.

 2. Spłata zadłużenia innego niż niskooprocentowany kredyt hipoteczny. Też już o tym pisałem. Szybsza spłata kredytów konsumpcyjnych to pewna oszczędność kilkunastu – dwudziestukilku procent. Te pieniądze leżą na ulicy, trzeba się po nie schylić.

 3. Średni fundusz awaryjny. Skoro kredyty mamy z głowy czas zbliżyć się do docelowej wielkości funduszu awaryjnego. Może jeszcze nie maksymalnej, ale pora go znacząco rozbudować.

 4. Emerytura. Najwyższy czas rozpocząć oszczędzanie na emeryturę. W tym wypadku po prostu przeznaczamy jakąś część naszego dochodu (im później zaczynamy tym powinna być większa) i dokonujemy comiesięcznych wpłat.

 5. Przyszłość dzieci. Jeżeli mamy dzieci i chcemy im pomóc w starcie w dorosłe życie oszczędzanie na ten cel postawiłbym zaraz po własnej emeryturze. Z podobnym sposobem realizacji – stałe comiesięczne wpłaty.

 6. Duży fundusz awaryjny. Teraz przychodzi pora żeby dokończyć budowę funduszu awaryjnego w docelowej wysokości. Jaka to wysokość to temat na oddzielną opowieść.

 7. Wcześniejsze spłata kredytu hipotecznego. Kiedy już odpowiedniej wielkości fundusz awaryjny możemy pobawić się w przed-płacanie hipoteki. Dlaczego moim zdaniem warto, już pisałem. Niewątpliwie nie warto poświęcać temu celowi zbyt dużo środków, natomiast troszeczkę, jakąś stałą sumę miesięczną jak najbardziej.

 8. Oszczędzanie na dobra trwałe i inne cele kwalifikowane raczej jako potrzeby. A więc przede wszystkim oszczędności na mieszkanie (czy raczej, realistycznie, wkład własny przy zakupie mieszkania) ale również samochód albo sprzęt AGD.

 9. Oszczędzanie na  rozrywki i przyjemności. Na przykład wakacje czy inne zabawki (a więc również samochód czy sprzęt AGD gdy nie stanowi prostego zaspokojenia potrzeb tylko realizację innych aspiracji, snobizmu itp.).

Może żeby trochę rozjaśnić opowiem na przykładzie. Załóżmy, że udało mi się wypracować 800 PLN miesięcznej nadwyżki. Najpierw całą kwotę przeznaczam na mały fundusz awaryjny. Gdy już ten fundusz mam, przeznaczam cała kwotę na spłatę zadłużenia konsumpcyjnego. Gdy zadłużenie spłacone uwalnia mi się dodatkowo, powiedzmy 400PLN, które do tej pory musiałem przeznaczać na wymagane raty. Następnie całe 1200PLN przeznaczam na rozbudowę funduszu awaryjnego do średniego poziomu. Gdy mam ten fundusz zaczynam przeznaczać np. 300 PLN miesięcznie na emeryturę, 200 PLN na przyszłość dzieci a pozostałe 700 PLN miesięcznie na dociągnięcie z funduszem awaryjnym na docelową wysokość. Następnie dodatkowo przeznaczam 200 PLN miesięcznie na wcześniejszą spłatę hipoteki, a pozostałe 500PLN przeznaczam na oszczędzanie na większe zakupy, które będą mi wkrótce potrzebne – sprzęt AGD, samochód, wakacje itp. Równie dobrze mogę założyć że nie potrzebuje nowego sprzętu czy samochodu (jak się zepsują to do zakupu posłuży fundusz awaryjny) i te 500 PLN przeznaczać na bieżące przyjemności.

Oczywiście uszczerbek w funduszu awaryjnym wywołany jakąś awarią powinien być niezwłocznie uzupełniany zgodnie z powyższymi priorytetami.

15:11, marcinhorala
Link Komentarze (1) »
wtorek, 01 września 2009
Mieszkanie kupić czy wynająć?

To odwieczna dyskusja, popularna zwłaszcza w amerykańskiej blogosferze. Co się bardziej opłaca, kupić czy wynająć mieszkanie?

Teoretycznie nie ma jednej dobrej odpowiedzi. Wszystko zależy od tego w którym miejscu na sinusoidzie falowania cen znajduje się aktualnie rynek nieruchomości, czy aktualne lokum ma być w założeniu na kilka lat czy na nieokreślenie długi czas (może i do śmierci). Jeżeli mieszkania są aktualnie drogie, a kupujemy w znacznej mierze na kredyt – może się okazać że przez te 30 lat zapłacimy samych odsetek więcej niż czynszu za wynajem.

Ja jednak, poza zupełnie specyficznymi przypadkami (np. praca poza miejscem stałego zamieszkania na określony czasowo kontrakt) zdecydowanie jestem zwolennikiem kupowania mieszkania. Sytuacja w której co miesiąc płacę i płacę za coś co i tak nigdy nie będzie moje jest dla mnie po prostu bardzo niekomfortowa psychicznie. Zdecydowanie wolę płacić nawet więcej – ale ze świadomością że kiedyś, choćby za długi okres czasu, to za co płacę będzie moje. Nie będę musiał już więcej płacić. Ba – z każdą ratą przybliżam się do tego celu, każda kolejna rata to kolejna mała cząsteczka mojego mieszkania która już jest moja.

Nawiasem mówiąc jest to sposób dla całkiem opornych do zmuszenia się do akumulacji kapitału. Jak się sam nie jesteś w stanie zmobilizować to może zmobilizuje cię bank – z każdą ratą budować będziesz powolutku-powolutku jakiś tam kapitał (tyle że uwięziony w murach). Niemniej jakby co, „w razie Niemca”, mieszkanie można sprzedać a z czasem pewnie również wziąć odwróconą hipotekę.

No i mieszkanie – czy może szerzej nieruchomość – stanowi jakieś elementarne zabezpieczenie na naprawdę trudne czasy. Banki mogą zbankrutować, państwo może zginąć wraz z gwarantowanymi przez siebie obligacjami, o funduszach inwestycyjnych czy akcjach nie wspominając. Ale nieruchomość, tak jak złoto, może tylko potanieć. Coś tam, jakąś istotną wartość, będzie miała zawsze.

13:55, marcinhorala
Link Komentarze (3) »