RSS
poniedziałek, 18 stycznia 2010
Hobby a finanse

Część hobby to po prostu skomplikowane sposoby wyjmowania nam z kieszeni pieniędzy. Zazwyczaj funkcjonują w obrębie mechanizmów luksusowej konsumpcji.

Weźmy na przykład takie narciarstwo. Kupno nart butów i kijków to zaledwie czubek góry lodowej. Ilość związanych z narciarstwem akcesoriów jest nieskończona (podobnie jak przy innych kosztownych hobby), dochodzą do tego koszty podróży, noclegów – a jak to na wyjeździe również stołowania się poza domem. No i jako wisienka na szczycie deseru dochodzą codzienne koszty korzystania z wyciągów.

W dzisiejszych czasach nawet tak zupełnie elementarna i prosta czynność jak udanie się na długi spacer nie może być po prostu spacerem tylko „nordik łoking” do którego absolutnie niezbędne jak zakupienie kijków i wielu innych możliwych i niemożliwych akcesoriów.

Zachęcam do nieco bardziej świadomego podejścia do naszych hobby i raczej kultywowanie takich, które przyczynią się do zarabiania pieniędzy, same się sfinansują, przyczynią się do oszczędności lub chociaż są darmowe albo bardzo tanie.

Oczywiście hobby ma nam przede wszystkim sprawiać przyjemność i uprawianie zajęć, które nam przyjemności nie sprawiają tylko dlatego że są tanie nie ma najmniejszego sensu. Ale może jest tak, że tylko trochę modyfikując sposób spędzania wolnego czasu możemy sporo zaoszczędzić? Może zamiast wzmiankowanego nordic walking możemy po prostu chodzić na spacery? Może zamiast drogiej siłowni możemy ze znajomymi pograć w piłkę na świeżym powietrzu?

A może jeszcze uda się na czymś zarobić, albo przynajmniej zaoszczędzić? Ja na przykład bardzo żałuję, że nie lubię majsterkować. Majsterkowanie, wykonywanie drobnych domowych remontów to hobby które może nam przynieść dziesiątki tysięcy oszczędności! Ale i inne mogą być przydatne np. związane z samodzielnym wykonywaniem odzieży i podobne (szydełkowanie, haftowanie, krawiectwo, robienie na drutach), ogrodnictwo (osobiście wręcz nienawidzę przez urazy z dzieciństwa). Hobby oczywiście musi przede wszystkim sprawiać przyjemność, ale warto też z kilku nam odpowiadających wybrać to, które jest najkorzystniejsze ekonomicznie. Najlepsze stanowić mogą dodatkowe źródło dochodu, niezłe sfinansują się same lub będą darmowe, warte uwagi są również te prawie darmowe. Z hobby będących studnią bez dna na grubą kasę lepiej się wystrzegać.

Tagi: hobby
12:29, marcinhorala
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 12 stycznia 2010
Budżetowanie

Nie jest specjalnym odkryciem, że do naszych osobistych finansów powinniśmy podchodzić jak do małego biznesu. A żaden biznes nie obejdzie się bez budżetu. Jeżeli chcesz uniknąć wydawania więcej niż nas stać, musisz najpierw wiedzieć na co cię stać.

Zamiast teoretyzować przedstawię sprawę na własnym przykładzie. Otóż najpierw do budżetu wpisuję wszelkie stałe rachunki i opłaty: czynsz, kablówkę, spłatę kredytu itp. Następnie rezerwuje kwoty na zaplanowane większe wydatki jak na przykład przegląd samochodu, czy urodziny córki. Kolejnym krokiem jest zarezerwowanie 2100 na pozostałe wydatki – zakładam kwotę 70 PLN dziennie na drobne wydatki – jedzenie itp. – oraz wydatki nie zaplanowane. Pozostałą kwotę przeznaczam na oszczędności. Oczywiście zgodnie z zasadą płacenia sobie najpierw kwotę przeznaczoną na oszczędności przelewam na odpowiednie konta bezpośrednio po wykonaniu budżetu.

Techniki mogą być różne. Kto inny może na przykład zamiast stałej sumy na dzienne wydatki porobić budżety na jedzenie, chemię, itp. Jest też system kopertowy, w którym wybieramy z początkiem miesiąca gotówkę jaką chcemy przeznaczyć na codzienne wydatki i dzielimy na koperty opisane nazwami dni. Każdego dnia możemy więc wydać tylko tyle ile przewidzieliśmy w kopercie na dany dzień plus to co zostało z kopert wcześniej otwartych.

Przyjęcie takiego czy innego systemu jest sprawą wtórną. Najważniejsze żeby poddawać regularnej analizie nie tylko przeszłe wydatki (temu służy ich zapisywanie) ale i aktywnie planować wydatki przyszłe. Świadomość że oto takim to a takim wydatkiem wyczerpiemy budżet na przyjemności w tym miesiącu może bardzo pomóc w nakłonieniu siebie do oszczędności.

Uchylę trochę rąbka tajemnicy mojego budżetu. Ja miesięcznie budżetuje:

610 złotych na czynsz (400 w lecie, w tym jest już opłata za gaz),

800 na spłatę kredytu hipotecznego (rata ok. 600-625 a reszta na fundusz poduszki kredytowej)

500 złotych na koszty transportu (benzyna do samochodu, jakieś drobne wydatki eksploatacyjne + bilet miesięczny żony),

150 rachunek za telewizję, telefon i internet (zazwyczaj jest lekko poniżej planu)

60 rachunek za komórkę żony

600 złotych na duże zakupy miesięczne w Makro,

do tego w zależności od potrzeb oddzielne kwoty na planowane większe wydatki (np. przegląd samochodu, OC, rachunek za prąd – płacę od razu za pół roku jak przyjdzie, zakup nowych butów czy wesele w rodzinie),

300 rezerwa na niezaplanowane wydatki

1800 złotych na wszystkie wydatki nie zaplanowane (a więc 60 dziennie). Tu wchodzą wszystkie wydatki nie zaplanowane powyżej. A więc zarówno jedzenie, środki czystości, rozrywka i tak dalej (większość żywności, chemii itp. zakupuję na zapas raz w miesiącu w Makro, więc te 60 dziennie na czteroosobową rodzinę zazwyczaj wystarcza).

Reszta (ile to zależy od wysokości zaplanowanych wydatków specjalnych) idzie na oszczędności. Zgodnie z zasadą płacenia sobie najpierw przelewy na oszczędności wykonuje zaraz po opracowaniu budżetu na nowy miesiąc.

Jak widać wyżej nie rozrzucam się strasznie ani nie bieduję. Co miesiąc oszczędzam na różne cele tyle że trzymam się w ryzach długofalowych planów oszczędzania na emeryturę, przyszłość dzieci itp. W razie spadku dochodów mam pole do zaciskania pasa.

A Wy w jaki sposób i jakie kwoty na jakie cele budżetujecie?

12:22, marcinhorala
Link Komentarze (1) »
czwartek, 31 grudnia 2009
Moja inflacja stylu życia

Nie wiem czy wiecie, ale 8 lat temu w pewnym sensie byłem znacznie bogatszy. Bo przecież bogatszy jest ktoś kto ma zarobki X a koszty stałe 1/2 X dzięki czemu może 1/2 X przeznaczyć na swoje przyjemności - niż ktoś kto zarabia 2X ale koszty stałe ma też dwa X i na przyjemności nic mu nie zostanie.

No więc 8 lat temu nie miałem mieszkania (mieszkałem z mamą), nie miałem pracy, jeździłem starym dużym fiatem. Miałem stypendium na studiach i udzielałem korepetycji.

Na swoje przyjemności miałem ok. 500 zł miesięcznie.

Teraz mam mieszkanie spółdzielcze własnościowe o pow. 67m2 (obciążone kredytem w wysokości mniej-więcej połowy wartości), mam niezłą pracę i jestem radnym miasta. Mam żonę i dwójkę dzieci. Jeżdżę VW Golfem rocznik 01.

Na swoje przyjemności wydaję miesięcznie nie więcej niż 200PLN a nieraz nic.

Tak działa inflacja stylu życia. W pewnym sensie 8 lat temu byłem bogatszy. Aczkolwiek tylko w aspekcie finansowym a on zdecydowanie nie jest w życiu najważniejszy.

wtorek, 08 grudnia 2009
Jak (nie)remontować mieszkanie/dom

Po udanej operacji kupna-sprzedaży mieszkania (a właściwie w jej trakcie) przyszło mi zająć się remontem nowo nabytej posiadłości (caaaałe 67 m2). Niestety remont ów trudno ocenić jako udany, ale że najlepiej uczyć się na cudzych błędach spiszę tu moje doświadczenia innym ku pomocy.

Nie dokonuj remontu pod presją czasu. Ja akurat robiłem zupełnie odwrotnie. Miałem miesiąc na opuszczenie wcześniejszego lokum, a nie chciałem mieszkać razem z ekipą remontową. W dodatku miałem półtora miesiąca do powiększenia się rodziny, a już zdecydowanie nie chciałbym mieszkać z noworodkiem i ekipą remontową. Remontowanie pod ogromną presją czasu powoduje, że po pierwsze zmuszeni jesteśmy kupować materiały droższe i nie do końca nam odpowiadające – byle tylko były dostępne od ręki. Po drugie nasza ekipa remontowa ma wyśmienitą wymówkę jak nie chce czegoś robić – po prostu powie, że to zajmie dodatkowe parę dni. W dodatku nie możemy ekipy zdyscyplinować, zagrozić zakończeniem współpracy (bo nie damy rady znaleźć nowej na czas), nie możemy zmniejszyć kosztów robiąc coś we własnym zakresie, wreszcie jesteśmy znacznie bardziej tolerancyjni wobec ewentualnych usterek i niedoróbek. Zdecydowanie lepiej mieć na remont kilka miesięcy i wszystko robić spokojnie i powoli. Inna sprawa, że rzadko mamy taką możliwość, no chyba, że lubimy mieszkać na placu budowy.

Solidne polecenie od godnej zaufania osoby to zdecydowanie podstawa przy wyborze ekipy wykonującej remont. Ja na przykład zdecydowałem się na ekipę polecaną przez szefową biura pośrednictwa nieruchomości, z którego usług byłem bardzo zadowolony. Niestety okazało się, że szefem ekipy był narzeczony polecającej, co spowodowało zdecydowany brak obiektywizmu w jej sądach. A że wbrew radzie z akapitu powyżej działałem pod presją czasu na zmiany było za późno.

Bez względu na to, jak zaufana i znajoma jest ekipa lepiej mieć wszystko na piśmie. Nie musi to być nawet jakaś super sformalizowana umowa. Po prostu spisane co, jak, gdzie ma być zrobione, oraz oczywiście w jakim terminie i za ile – pod czym podpisują się obydwie strony. Nawet zakładając obopólną dobrą wolę musimy pamiętać, że pamięć ludzka jest zawodna. Taki spisany plan pozwoli nam racjonalnie rozłożyć w czasie niezbędne zakupy, ocenić czy prace odbywają się terminowo (mnie kepia cały czas zapewniała że spokojnie, wszystko jest na czas – żeby na kilka dni przed terminem zakończenia robót wyskoczyć z dwutygodniowym opóźnieniem), wreszcie zaznaczyć na piśmie wszelkie zmiany planów w trakcie robót (ulubione tłumaczenie remonciarzy dla przekroczenia terminów i kosztów).

Zdecydowanie nie warto „odpuszczać” wykonującym remont. Jest to równia pochyła, zazwyczaj wówczas będą działać na zasadzie, że jak dostali palec to będą chcieli całą resztę. Jak raz i drugi będą musieli coś robić drugi raz tak, żeby było zrobione w 100% dobrze to za trzecim razem zrobią na 100% dobrze już za pierwszym razem. Natomiast jak machniemy raz i drugi ręką na zasadzie „tej szczeliny prawie nie widać/ ta plamka mi wcale nie przeszkadza” to szczeliny, plamki i inne niedoróbki zaczną w magiczny sposób się mnożyć.

O ile nie warto „odpuszczać” remontującym nam mieszkanie majstrom o tyle zdecydowanie warto odpuścić sobie trochę z naszych ambicji. To wszystko co starają się nam sprzedać to są tylko kafelki, deski, farby, meble i nic poza tym. Nie staniemy się od tego lepszymi ludźmi, nie będziemy szczęśliwsi ani inni nie otoczą nas większym szacunkiem dlatego że będziemy mieli w łazience oryginalne zagraniczne super-hiper kafelki po 150 złotych za metr. Zdradzę tajemnice – większość ludzi w ogólnie nie będzie w stanie zauważyć różnicy pomiędzy nimi a kafelkami trzy razy tańszymi. To się odnosi do wszystkiego. Kupujmy rzeczy solidne i gwarantujące przyzwoitą wytrzymałość przez lata – i nic poza tym. Kwoty jakie można utopić w remont i wyposażenie mieszkania są praktycznie nieskończone, i naprawdę nie warto „więzić” w jego murach kilku fajnych wakacji, nowego samochodu i dużego kawałka swojej emerytury.

Nie warto zbytnio spoufalać się z pracującymi dla nas fachowcami. Relacje lepiej mieć uprzejme, ale na dystans. To, że hydraulik przestanie dla nas być hydraulikiem a stanie się Zdziśkiem, z którym wypiliśmy piwko po robocie i pogadaliśmy o naszych rodzinach może nas potem tylko przyprawiać o szkodliwe skrupuły, gdy trzeba będzie twardo egzekwować wywiązywanie się z umów. Łatwiej potrącić za opóźnienie hydraulikowi niż Zdziśkowi, któremu choruje dziecko a żona straciła pracę. Tym bardziej, że – idę o zakład – na analogiczne skrupuły i wyrozumiałość ze strony Zdziśka liczyć nie będziemy mogli.

Oczywiście super jeżeli chociaż część prac uda się wykonać samemu. Można w ten sposób zaoszczędzić masę pieniędzy. Konieczny jest jednak realizm w ocenie własnych umiejętności oraz możliwości czasowych. Brak realizmu w ocenie umiejętności może prowadzić do bardzo kosztownych błędów. Z kolej przecenienie możliwości czasowych może spowodować, iż stan długotrwałego permanentnego remontu całkowicie odbierze nam radość życia.

środa, 02 grudnia 2009
Po co fundusze rynku pieniężnego?

Korzystam z supermarketu funduszy inwestycyjnych mBanku i jedną z występujących tam kategorii są fundusze rynku pieniężnego. Oferują one stałą, ale bardzo niską stopę zwrotu. I tu moje pytanie: po jakiego grzyba miałbym trzymać tam swoją kasę (i płacić za to prowizję)? Przecież nawet w okresie niskich stóp procentowych można znaleźć lokaty i konta oszczędnościowe na wyraźnie większy procent. Czy ktoś jest w stanie to mi wytłumaczyć?

11:36, marcinhorala
Link Komentarze (5) »
poniedziałek, 30 listopada 2009
Na co nie tracę pieniędzy?

Nie tracę pieniędzy na papierosy. Po prostu i ja i żona nie palimy w ogóle i już.

Nie tracę pieniędzy na alkohol. Dawniej różnie bywało, ale teraz zmęczenie i brak czasu powodują że fizycznie nie jesteśmy w stanie za bardzo wypić więcej niż dwa-trzy piwa, kilka kieliszków wina czy kilka drinków. Nawalenie się jak stodoła w moim wypadku w ogóle nie wchodzi w grę bo raz że mam słaby żołądek więc jeszcze jestem trzeźwy jak świnia a już śpiewam do wielkiego ucha, dwa że jestem wiecznie niewyspany więc jak tylko troszkę więcej wypiję to zasypiam, trzy że często do późnych godzin wieczornych poruszam się samochodem. Perspektywa pobudki o szóstej rano i zajmowania się dziećmi na kacu też skutecznie odstrasza. W efekcie żyję życiem abstynenta a miesięczne wydatki gospodarstwa domowego na alkohol to nie więcej niż 20-30zł.

Nie tracę pieniędzy na ubrania. Potrzebuję garnituru na uroczyste okazje, marynarki do pracy, jednej pary w miarę porządnych spodni też do pracy, kilku koszul (zazwyczaj donaszam po teściu), kilku krawatów (z prezentów), półbutów w miarę eleganckich, jednej pary adidasów i jednej pary sandałów, kilka t-szirtów,, dwie bluzy, jedne dżinsy, bieliznę i kilka par skarpetek. Dorzućmy do tego kurtkę wiosenną i zimową i czapkę i jestem ubrany od stóp do głów. Wszystko noszę przez wiele lat, nic nie jest markowe a wiele rzeczy mam z ciucholandu. Właściwie nie pamiętam kiedy wydałem jakiś większy pieniądz na ubrania. Co ważne – również moja żona nie wydaje na ubrania sum na tyle dużych żebym był w stanie je odnotować i oddzielić od ogółu wydatków na życie. Choć czasem marudzi, że chodzi „ubrana jak kopciuch” jej dyscyplina w tych kwestiach (jakże różna od postawy większości kobiet) budzi moje głębokie uznanie i wdzięczność. Dzieci ubierają się właściwie wyłącznie w ubrania krążące po rodzinie i znajomych na zasadzie że jak dzieci wyrosną z jakichś ubrań to się je daje rodzinom z młodszymi dziećmi.

Nie tracę pieniędzy na kosmetyki. Mi w zupełności wystarczy: mydło, szampon, pianka do golenia, płyn po goleniu i dezodorant. Wszystko z najtańszych na rynku, a często z prezentów np. pod choinkę. Co ważne, aczkolwiek moja żona ma zdecydowanie więcej kosmetyków, to też nie wydaje na nie jakichś bajońskich sum.  Myślę że na pewno nie więcej niż 50 zł miesięcznie. Dobrze mieć taką żonę jak ja!

Nie tracę pieniędzy na kupowanie żywności i chemii po cenach detalicznych - choć z wyjątkami które opisałem w poprzednim wpisie. Większość tego rodzaju zaopatrzenia kupuję hurtowo po niskich cenach w Makro a w najgorszym wypadku w Tesco lub dyskontach.

A wy na co nie tracicie swoich pieniędzy?

12:41, marcinhorala
Link Komentarze (1) »
czwartek, 26 listopada 2009
Na co tracę pieniądze?

Przede wszystkim na szeroko pojętą działalność-społeczno polityczną. Od członkostwa w siedmiu różnych organizacjach (składki) przez wydatki na telefony, benzynę, domenę i miejsce na serwerze, brak czasu (i związane z tym wydatki jak np. jedzenie na mieście), wreszcie powtarzające się co najmniej raz na cztery lata liczone w tysiącach wydatki na kampanie wyborcze. Z drugiej strony będąc radnym otrzymuje diety, więc w tym sensie na mojej działalności też zarabiam. Zarobek jest jednak tylko pewną ewentualnością – w wyborach raz się jest na wozie raz pod wozem – a większość kosztów stała. Jako sposób na zarabianie pieniędzy mojego modelu działalności politycznej nie polecam (zdecydowanie lepiej być znajomym/pociotkiem osób wysoko postawionych i dostawać za bezdurno biorące miejsca na listach, posady w państwowych firmach itp.) ja jednak generalnie tą orkę na ugorze lubię i jest ona istotnym (choć nie najważniejszym) elementem poczucia spełnienia w życiu (choć są momenty kiedy mam serdecznie dosyć).

Jedzenie poza domem. Konieczność organizowania opieki dla małych dzieci zdecydowanie ograniczyła naszą z żoną aktywność restauracyjną do wyjścia raz na miesiąc-dwa. Niemniej nadal nie jest to rozrywka najtańsza. Do tego dochodzą znacznie częstsze (raz-dwa razy w tygodniu) fast foody w różnych okolicznościach (np. mamy wielką ochotę zamówić sobie wieczorem pizze, wpadam do McDonalda po drodze z pracy, bo wiem że przede mną seria spotkań tudzież posiedzeń i szansa na obiad w domu będzie po 21).

Zakupy w sklepach osiedlowych. Raz na miesiąc przywozimy bagażnik zakupów robionych hurtowo w Makro, jak się zdarzy potrzeba większych zakupów poza tym robimy je w Tesco – ale jednak czasem potrzebna jest jakaś pojedyncza rzecz w rodzaju kostki masła czy kilku plastrów sera i te kupujemy w sklepie osiedlowym a na osiedlu w promieniu spaceru mamy tylko Żabkę i delikatesy, w obu ceny dość zawyżone.

Posiadam samochód i nim jeżdżę do pracy (a do niedawna mieliśmy dwa samochody i za jakiś czas planujemy znów mieć). Samochód to worek na pieniądze bez dna. Żyjemy w mieście o przyzwoitym poziomie komunikacji masowej i dałoby się żyć korzystając tylko z niej. Ale na przykład dojazd do pracy zamiast ok. 15 minut zająłby mi ok. 40 min. w jedną stronę i w ogóle jeszcze więcej czasu spędzałbym poza domem. A czas to zasób, którego mi brakuje najbardziej, no i rodzina też potrzebuje ojca choć czasami w domu.

Młodsza córka (9 miesięcy) je gotowe potrawy ze słoiczków i sika w pieluchy jednorazowe. Teoretycznie można by gotować i miksować samorobne posiłki oraz prać i prasować pieluchy tetrowe – ale ja na to nie mam czasu a i żona ma na tyle dużo zajęć, że nie miałbym sumienia tego od niej wymagać.

Czasami zdarza mi się zagrać w totolotka albo loterię-zdrapkę. Wydaję na to drobne kwoty, na pewno nie więcej niż 20 złotych miesięcznie (czasem nic). Po prostu lubię sobie dokonywać różnych obliczeń co bym kupił przy jakiej stopie zwrotu byłoby dość żeby żyć jak rentier itp. Takie marzenia bez podkładki w postaci czasami kupowanego losu byłyby bezsensowne.

Czasami kupuję sobie książkę mimo iż można znacznie taniej czytać e-booki lub korzystać z darmowej biblioteki. Niestety od małego mam jakiś wstręt do bibliotek. Czytanie książki, trzymanie w rękach książki jako przedmiotu jest dla mnie wręcz zmysłową przyjemnością – i ksiązka obłożona w ceratę którą nie wiadomo kto dotykał brudnymi łapskami nie daje takiej satysfakcji. Tym bardziej czytanie z ekranu laptopa, tym bardziej że z laptopem jest bardzo niewygodnie w łóżku tudzież tam gdzie król chodzi piechotą.

Żonka lubi gotować takie wymyślniejsze potrawy, powiedziałbym na poziomie „restauracyjnym” to wymaga czasami drogich składników i przypraw. Niemniej efekt jest tego warty. Niestety z braku czasu ostatnio czyni to bardzo rzadko.

Mamy bardzo porządne rowery, zdecydowanie za dobre jak na aktualną częstotliwość korzystania z nich. To też efekt hobby żony, którego ze względu na potencjalne korzyści prozdrowotne staram się nie tłamsić.

A na co Wy tracicie swoje pieniądze?

13:46, marcinhorala
Link Komentarze (4) »
czwartek, 12 listopada 2009
Buforowanie podwyżek

To element unikania inflacji stylu życia (czyli sytuacji w której wraz z wzrostem dochodów automatycznie zwiększa nam się bieżąca konsumpcja – i mimo że zarabiamy coraz więcej i tak wszystko rozchodzi się „na życie”).

No więc kiedy zdarzy się nam podwyżka (szeroko rozumiana – jako jakiekolwiek stałe zwiększenie dochodów) to natychmiast o jej kwotę zwiększamy nasz miesięczny przelew na oszczędności ustawiony do realizacji na dzień po wpłynięciu pensji na konto. Jeżeli żyliśmy do tej pory za X złotych miesięcznie to spokojnie możemy żyć dalej za ten sam X. Ekstra kasa pozwoli nam natomiast szybciej osiągnąć nasze finansowe cele. Jednocześnie im większy sobie zbudujemy taki bufor tym bardziej bezboleśnie przeżyjemy później ewentualne obniżki pensji czy nawet utratę pracy przez jednego z członków rodziny.

Jeżeli to jest podejście zbyt maksymalistyczne to można też zastosować podejście częściowe. Na przykład zasadę że opóźniamy podwyżki o pół roku – to znaczy przez pół roku wpłacanymi kwotę podwyżki na oszczędności, a dopiero po tym czasie możemy ją włączyć do budżetu konsumpcyjnego. Albo przyznanie „sobie” tylko połowy kwoty podwyżki a automatyczne oszczędzanie drugiej połowy. Najlepiej i jedno i drugie.

14:09, marcinhorala
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 05 listopada 2009
Donald Tusk na prezydenta (kosztem Twojej emerytury)

Za krótki komentarz do proponowanych planów rządu zabrania ponad połowy naszych składek z OFE niech posłużą dwie sentencje:  „Nie ma takiego okrucieństwa ani takiej niesprawiedliwości, której nie mógłby popełnić skądinąd łagodny i liberalny rząd - jeśli zabraknie mu pieniędzy” (Alexis de Tocqueville) oraz „Niczyje zdrowie, wolność ani mienie nie jest bezpieczne kiedy obraduje parlament” (Mark Twain).

Przy wszystkich wadach OFE dzięki nim przynajmniej część pieniędzy na nasze emerytury nie jest na bieżąco przejadana… No więc trzeba było się do nich dobrać, bo inaczej trzeba by np. wstrzymać podwyżki dla budżetówki. A to by mogło zagrozić kwestii absolutnie strategicznej dla polskiej racji stanu – wygraniu przez Donka wyborów prezydenckich. A że przez to za kilkanaście-kilkadziesiąt lat deficyt Funduszu Ubezpieczeń Społecznych będzie jeszcze większy? A kto by się tym przejmował, to już będzie po kadencjach prezydenckich Donka.

Nie głosowałem na PO, ale szczerze mówiąc gdy wygrali wybory miałem nadzieję że chociaż polityka gospodarcza będzie w miarę sensowna. Nadzieja matką głupich.

14:26, marcinhorala
Link Komentarze (1) »
Pamiętaj o celu

Tak naprawdę istotą oszczędzania jest odłożenie gratyfikacji w czasie. Gdyby kogoś spytać się czy woli trzy stare telewizory, dwie wieże stereo, rower, narty, trzydzieści obiadów w restauracji i szafę markowych ciuchów oraz biedowanie na emeryturze czy może woli tych rzeczy nie mieć a na emeryturze żyć godnie – pewnie każdy wybrałby ten drugi wariant.

Ktoś kiedyś zauważył, że gdyby ból pojawiał się po pół roku, ludzie wbijając gwoździe znacznie częściej uderzaliby się młotkiem w palec. Podobnie rzecz ma się z oszczędnością. Cel na który oszczędzamy – emerytura, przyszłość dzieci, niezależność finansowa, mieszkanie, nowy samochód – jest oddalony w czasie. Tymczasem radość z batonika, obiadu, plazmowego telewizora, czy też tego samego nowego samochodu na kredyt jest natychmiastowa. Dlatego niestety często wybieramy rozwiązanie obiektywnie gorsze, ale dające szybszą przyjemność.

Swego czasu pracowałem przez kilka miesięcy w banku specjalizującym się w udzielaniu szybkich pożyczek konsumpcyjnych. Dokładnie tego uczono nas na szkoleniach ze sprzedaży – rozbudzania pożądania natychmiastowej gratyfikacji. Pamiętam dokładnie że mieliśmy w rozmowie z klientem wybadać na co potrzebne mu są pieniądze i kusić słowami w rodzaju: „proszę sobie wyobrazić, że już jutro mógłby Pan się cieszyć nowym telewizorem”.

Dlatego – i tę technikę również powszechnie wykorzystuje się w sprzedaży, tym razem po to aby motywować sprzedawców do tej niewdzięcznej pracy – warto stale utrzymywać w pamięci cel na który oszczędzamy. Warto przed każdym wątpliwym zakupem powtarzać sobie pytanie „czy wolę nową komórkę, spodnie, obiad w restauracji czy …… (i tu wstawiamy cel na który chcemy oszczędzać). Możemy nawet – i to również zagranie z arsenału motywatorów pracowników sprzedaży – cel sobie wizualizować, przyklejając sobie na lodówce albo na lustrze w łazience zdjęcie „naszego” domku, zdjęcia naszych dzieci z doklejonymi uniwersyteckimi togami czy też nas na leżaku pod palmami.

13:07, marcinhorala
Link Dodaj komentarz »
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 8