RSS
piątek, 07 sierpnia 2009
Metoda na jedno bum

Każdy z nas ma jakiś słaby punkt, jakąś dziurę, przez którą wyciekają nam pieniądze. Dla jednego będą to zakupy w hipermarkecie, dla innego kupowanie płyt albo książek, kto inny wydaje setki złotych miesięcznie na jedzenie w restauracjach.

 Bardzo dużą pomocą w utrzymaniu finansowej dyscypliny będzie, więc wykorzenienie tej jednej przyczyny nadmiernych wydatków, załatanie tej jednej dziury. Ale wymaga to działań radykalnych – jeżeli za dużo wydaję na książki to w ogóle przestaję wchodzić do księgarni, jeżeli na ubrania – do butików, jeżeli na jedzenie poza domem – do restauracji. A może sprzedać samochód albo zrezygnować z wyjeżdżania z domu na wakacje? W każdym razie chodzi o to, że  z tej jednej, jedynej rzeczy rezygnuję po prostu całkowicie, przynajmniej do czasu gdy finansowo wyjdę na prostą.

 Dla niektórych osób ten sposób może się okazać łatwiejszy. Zamiast budżetować, kombinować, pilnować się, urywać po parę złoty to tu to tam – po prostu rezygnuję z jednej jedynej rzeczy (ale z żelazną konsekwencją), resztą się zupełnie nie przyjmuję - i tym jednym wybuchem w osobistych przyzwyczajeniach uwalniam kilkaset złotych miesięcznie na spłatę długów czy oszczędności. Jeżeli inne sposoby zawiodły, może warto spróbować tego?

10:21, marcinhorala
Link Dodaj komentarz »
środa, 05 sierpnia 2009
Konsumpcja telewizyjna

Poświęćmy chwilę refleksji specyficznemu modelowi konsumpcji – nazwijmy ją telewizyjną

Wśród znajomych i rodziny obserwują pewną prawidłowość: im mniejszy dochód/ większe problemy finansowe – tym większy (nowocześniejszy) telewizor w salonie.

Oczywiście to uogólnienie i zdarzają się wyjątki, ale zdecydowanie jest coś na rzeczy. Im ktoś biedniejszy tym bardziej jest skłonny się zadłużyć żeby tylko podwyższyć poziom swojej telewizyjnej konsumpcji. Nierzadkim widokiem jest jakaś rozpadająca się chatka albo obdrapany blok z mieszkaniami socjalnymi upstrzony talerzami telewizji cyfrowej.

Dlaczego akurat telewizor i telewizja ma takie wzięcie wśród biedniejszych? Dodajmy wzięcie tak duże, że są na nie w stanie wydawać znacznie więcej niż ludzie bogatsi?

Wydaje mi się, że telewizor ma kilka specyficznych cech predestynujących go do takiej roli.

Po pierwsze jest dobrem nie-użytkowym. Można również wydać dużo pieniędzy na pralkę czy lodówkę, ale to nie to samo. Pralka, lodówka czy inne sprzęty służą konkretnym celom, mają użytkowe zastosowanie. To zastosowanie niejako „sprowadza na ziemię” subiektywne poczucie wartości sprzętu. Powiemy sobie: po co wydawać tyle na pralkę, skoro pralka połowę tańsza tak samo pierze ubrania. Telewizor nie ma takiego utylitarnego „czynnika sprawdzającego”. Ma dostarczać rozrywki, jedynym miernikiem jest subiektywna przyjemność z użytkowania – a tę stosunkowo łatwiej wmówić przez sugestię w reklamach i autosugestię konsumenta wtórnie racjonalizującego decyzję o zakupie.

Po drugie jest dobrem uniwersalnym i egalitarnym. Poza bardzo nielicznymi wyjątkami, jakiś tam telewizor ma każdy i coś tam na nim ogląda. Posiadanie telewizora nie stygmatyzuje bo wiemy że również osoby o wysokiej pozycji społecznej telewizor mają i oglądają. A więc odwrotnie – w tym jednym aspekcie możemy poczuć się zrównani ze stojącymi wyżej od nas, a więc nie gorszymi choć na tym jednym polu.

Po trzecie jest w zasięgu ręki dla zwykłych ludzi. Poza jakimiś zupełnie odjechanymi modelami, telewizor mieści się w cenie kilku tysięcy złotych a więc dostępnej niemal dla każdego kto ma jakiś stały dochód.

To wszystko powoduje wzmiankowaną popularność telewizyjnej konsumpcji. A jest ona żyłą złota dla producentów. Mogą co chwila wymyślać nowe techniczne nowinki którymi naganiać będą klientów. I nawet nie muszą się troszczyć o jakość – i tak najdalej za kilka lat klient przyleci po nowy telewizor z zupełnie nowymi bajerami.

Czy ktoś pamięta jeszcze nagonkę na to, że trzeba wymienić telewizor na taktowany 100Hz? Wślepiałem się wówczas w sklepie na stojące obok siebie telewizory 100Hz i nie 100Hz przez ładnych kilka minut i nie zauważyłem różnicy – ale wielu znajomych przekonywało mnie że to 100Hz trzeba sobie koniecznie kupić. Do tej pory nie wiem co to znaczyło. Ci, co wówczas kupowali wielkie kineskopowe szafy z tym magicznym 100 Hz zdążyli już w międzyczasie kupić sobie nową plazmę a potem jeszcze nowsze LCD oczywiście full HD. Ja natomiast nadal oglądam mój pierwszy i jedyny jak do tej pory, stary telewizor kineskopowy bez 100 Hz o full HD nie wspominając i jakoś żyję. I zamierzam nie kupować nowego telewizora dopóki aktualny nie padnie tak, że nie da się go naprawić. A swoją drogą czy to nie symptomatyczne że sześcioletni telewizor uchodzi za stary? Moja mama swój pierwszy telewizor kupiła pod koniec lat 60-tych i służył jej do początku lat 90-tych roku. Z kupionego na początku lat 90-tych korzysta do dziś.

09:41, marcinhorala
Link Komentarze (4) »
poniedziałek, 03 sierpnia 2009
Wydawanie pieniędzy jest dobre!

Czytelnikom wcześniejszych moich rozważań może się wydawać że moim ideałem jest jakiś skąpiec rodem z kart Dickensa, który sam głodem przymiera, innym ani centa nie da i tylko przelicza mnożące się pieniądze. Jeżeli z lektury tego co wcześniej pisałem odnieśliście wrażenie, że wydawanie pieniędzy, kupowanie rzeczy i usług, jest złe – to nie jest to prawda. Wcale tak nie uważam.

Pieniądze podobno szczęścia nie dają, ale szczerze mówiąc jeszcze mniej szczęścia daje ich brak. Pieniądze są po to żeby je wydawać, ale żeby je wydawać trzeba je najpierw mieć. Temu dokładnie służą moje porady, mają doprowadzić do tego żeby mieć pieniądze i żeby móc je wydawać – na sprawy, które są naprawdę ważne.

Godne życie na emeryturze, zapewnienie przyszłości dzieciom, domek w lesie nad jeziorem, podróż dookoła świata - czy co tam sobie jeszcze można wymarzyć - wymagają pieniędzy. Pieniędzy które trzeba mieć, a więc nie można ich zmarnować na zbędne zakupy pod wpływem impulsu, na przepłacane media, na niepotrzebne usługi i tak dalej. Nie można pozwolić pieniądzom „się rozchodzić” właśnie po to żeby móc je wydać na rzeczy które naprawdę będą przydatne, dadzą przyjemność, będą ważne.

Ale i w krótkim okresie czasu wydawanie pieniędzy jest dobre, pieniądze są po to, żeby z nich korzystać. Wizyta w absurdalnie drogiej restauracji, wyjazd na weekend, markowe ubranie – czemu nie. Ale nie kosztem wpędzania się w finansowe kłopoty. Jeżeli więc kontrolujesz swoje wydatki, regularnie spłacasz kredyty i powiększasz oszczędności, masz wdrożony plan który pozwoli ci odłożyć na ważne dla ciebie cele, twoja wartość netto systematycznie rośnie, i jeszcze coś zostało możesz spokojnie to coś wydać na sprawienie sobie przyjemności.

Czasami jeżeli założymy sobie w miesiącu jakiś drobny funduszyk na przyjemności, „szaleństwa” czy nawet „zmarnowanie” łatwiej nam będzie utrzymać w rygorach pozostałe wydatki i pozostać na finansowym kursie. Podczas gdy maksymalizm, oszczędzanie każdego grosika i odmawianie sobie jakichkolwiek przyjemności spowoduje szybkie wypalenie, zniechęcenie i całkowity odwrót od zdrowych nawyków finansowych. Nikt na dłuższą metę nie wytrzyma życia mnicha (poza mnichami).

Można również stosować fundusz „przyjemnościowy” jako sposób automotywacji. To znaczy wiązać osiągnięcie finansowych celów z jakimś ekstra bonusem na przyjemności. Na zasadzie, na przykład – „jeżeli w tym roku uda mi się oszczędzić 3 tys. na koncie emerytalnym, zwiększyć fundusz awaryjny do 5 tys. i spłacić ten kredyt na urządzenie kuchni – to przeznaczę 2 tys na jakiś kilkudniowy urlop”.

Pieniądze są po to, żeby je wydawać.

08:18, marcinhorala
Link Komentarze (1) »
piątek, 03 lipca 2009
Przerwa wakacyjna

Wreszcie udało mi się urodzić i opublikować ostatnią część tryptyku emerytalnego. Szło mi jednak jak krew z nosa. Organizm domaga się przerwy a i wyjazdy w nabliższym czasie nie będą sprzyjać pisaniu. Dlatego ogłaszam na niniejszym blogu przerwę wakacyjną do 1 sierpnia. Mam nadzieję w międzyczasie skrobnąć kilka tekstów na zapas, co pozwoli mi potem utrzymać większą regularność publikacji. Na razie życzę wszystkim udanych i oszczędnych wakacji i do zobaczenia w sierpniu!

18:13, marcinhorala
Link Komentarze (1) »
Co z naszymi emeryturami? część III - co robić?

Wiemy już, że musimy się nastawić na to iż nasza emerytura z ZUS i OFE w najlepszym razie starczy nam na skromne życie – w najgorszym na wegetowanie w okolicach minimum biologicznego.

 (Tu uwaga nawiasem. Co i rusz jakiś polityk podnieca się stwierdzeniem, że w Polsce ileś tam tysięcy osób żyje poniżej minimum biologicznego a ileś milionów poniżej socjalnego. Co to tak naprawdę oznacza? Ano nic. W wypadku minimum biologicznego znaczy tyle, że albo ludzie masowo ukrywają rzeczywiste dochody, albo minimum biologiczne zostało źle obliczone. To, że minimum socjalne zostało źle obliczone jest z kolej pewne – bo sam uważam się za finansowego średniaka, a żyję zdecydowanie poniżej minimum socjalnego np. rzadziej niż w minimum chodzę do kina, nie chodzę do fryzjera tylko strzygę się sam i tak dalej).

 Co zatem mamy robić? Stały czytelnik tego bloga chyba nie będzie zaskoczony – oszczędzać. Dobrym wehikułem są tu IKE – bo skoro można jakiegoś podatku nie płacić to zawsze warto z tego skorzystać.  Najważniejsze to jednak zachować systematyczność i całe życie odkładać na przyszłą emeryturę. Moim zdaniem takie oszczędności mają bardzo wysoki priorytet (trzeci, zaraz po spłacie długów nie-hipotecznych i funduszu awaryjnym).

 Najpoważniejszym błędem jaki możemy popełnić jest myślenie, że na oszczędzanie na emeryturę mamy jeszcze czas. Nie, nie mamy czasu, musimy rozpocząć już teraz. Nie wiem czy słyszeliście o mechanizmie procenta składanego, ale musicie wiedzieć jedno – jest naprawdę potężny i bardzo nam pomoże. Pod warunkiem że zaczniemy oszczędzać dość wcześnie.

 Najprościej wyjaśnić na przykładzie:

 Załóżmy że Krzysztof Przedemerytalny miesięcznie odkłada na emeryturę 300 PLN. Niech uśredniona stopa zwrotu z jego inwestycji wyniesie – konserwatywnie – 6%. Ile będzie miał oszczędzone w chwili przejścia na emeryturę w wieku 65 lat?

 Jeżeli zacznie oszczędzać w wieku 30 lat – ok. 430 tys.

Jeżeli poczeka z oszczędzaniem na emeryturę do osiągnięcia 40 lat – ok. 210 tys.

Jeżeli natomiast zabierze się dopiero gdy skończy 50-tkę – zaledwie ok. 90 tys.

 Aby osiągnąć to samo 430 tys., ale zaczynając oszczędzanie w wieku 40 lat musiałby odkładać  miesięcznie 600 złotych.

A zaczynając po 50-tce – aż 1500 złotych miesięcznie.

 Każdy może sobie sam takie proste obliczenia przeprowadzić uwzględniając prawdopodobną dla niego stopę zwrotu i wiek w którym chce zacząć oszczędzać.

 Najważniejsze, żeby zapamiętać jedno - odpowiedni czas, żeby samemu oszczędzać na emeryturę jest TERAZ. Cel do którego powinien moim zdaniem dążyć taki zwykły szary człowiek to około pół miliona oszczędności w chwili przejścia na emeryturę – i jeżeli zaczniemy do tego dążyć przed trzydziestką powinno nam wystarczyć odkładanie 300-400 PLN miesięcznie. Oczywiście co roku zwiększane o parę złotych odpowiadające inflacji (w powyższych obliczeniach dla uproszczenia kwestię inflacji pominąłem, w realnym życiu warto o niej pamiętać).

 A w co środki na emeryturę inwestować? To już zależy od indywidualnej tolerancji ryzyka. Ja na przykład ze względu na mój młody wiek i dość wysoką akceptację ryzyka lokuję środki w miks składający się w większości z akcji i funduszy akcyjnych uzupełniony funduszami obligacyjnymi, obligacjami i gotówką. Nie ma jedynie słusznej recepty, choć generalnie polecałbym inwestowanie w tym większej części w akcje i fundusze akcyjne im dłuższy czas do emerytury pozostał (bo wówczas mamy dość czasu na przeczekanie okresowych bess). I polecałbym jakieś zwykłe, możliwie elastyczne IKE (umożliwiające lokowanie w zróżnicowane fundusze, obligacje i lokaty) a odradzałbym gotowe, zapakowane, plany systematycznego oszczędzania tudzież ubezpieczenia inwestycyjne – zazwyczaj charakteryzują się złodziejsko wysokimi procentami.

18:06, marcinhorala
Link Komentarze (3) »
środa, 24 czerwca 2009
Zostałem zauważony!

Nie, nie umarłem ani nie porwali mnie kosmici. Serial o emeryturach zostanie dokończony już wkrótce (troszkę brakuje mi czasu). Na razie jednak chciałem się pochwalić że niniejszy skromny blog został odnotowany w amerykańskiej blogoferze finansów osobistych, konkretnie na blogu Hedonic Adjustment.

08:26, marcinhorala
Link Komentarze (2) »
piątek, 19 czerwca 2009
Co z naszymi emeryturami? część II - OFE

Jak wiemy z pierwszej części serialu o emeryturach państwowy system emerytalny oparty na zasadzie solidarnościowej musi prędzej czy później się zawalić. Ta prawda dotarła swego czasu nawet do polskich polityków i postanowili jej zaradzić. Efektem zaradzania była reforma emerytalna przeprowadzona przez rząd Buzka, polegająca przede wszystkim na utworzeniu Otwartych Funduszy Emerytalnych.

 Po dziesięciu latach można już powiedzieć że system OFE zakończył się fenomenalnym sukcesem. Niekoniecznie dla przyszłych emerytów, co to to nie. Ale instytucje finansowe zarządzające funduszami mogą sobie naprawdę pogratulować.

 Sama idea by jakaś część składki emerytalnej nie była przejadana przez system „solidarnościowy” tylko normalnie odkładana i inwestowana jest oczywiście dobra. Niestety najwyraźniej kilku cwaniaków z dobrymi kontaktami wyczuło tu lepszy deal do zrobienia więc biedny-szary-przyszły emeryt na systemie w OFE dostaje w plecy w kilku miejscach:

 I. De facto oligopol na rynku funduszy powoduje że brak jest prawdziwej, zdrowej konkurencji. Musimy oszczędzać w OFE a więc nie muszą się bać konkurencji ze strony normalnych funduszy inwestycyjnych, lokat bankowych, indywidualnie kupowanych akcji czy obligacji itp.

 II. Wobec braku tego rodzaju konkurencji firmy zarządzające funduszami korzystają w przytłaczającej większości z możliwości pobierania maksymalnej stawki za zarządzanie – 7% (niektóre po kilku latach stosują zniżki, w trakcie procedowania jest ustawa obniżająca je do i tak dużych 3,5%). 7% to złodziejstwo w biały dzień, a 3,5% to horrendalnie dużo wobec słabego funduszu hybrydowego jakimi są w istocie OFE (a zwykłe fundusze hybrydowe pobierają zwykle 1,5-2,5% prowizji)

 III. OFE mają prawnie ograniczone możliwości inwestycyjne – w największym uproszczeniu są to akcje GPW oraz obligacje rządowe. W efekcie nasze oszczędności emerytalne są przywiązane do jednego, płytkiego wschodzącego rynku i do zdrowia finansów publicznych jednego, nieszczególnie bogatego kraju. Na przykład gdyby nawet w którymś OFE zarządzający przewidział krach na giełdach jesienią 2008 i chciał na przykład uciec z giełdy w złoto albo akcje spółek chińskich – to taki ruch był prawnie niedozwolony.

 IV. Nie dość że nasze pieniądze są inwestowane według sztywnych, prawnie określonych reguł (do tego bardzo ograniczonych) to jeszcze nawet w obrębie tych reguł nie mamy żadnej kontroli ani możliwości decydowania jak konkretnie inwestycja będzie wyglądała.

V. Tak naprawdę nie wiemy jak będzie wyglądać sprawa wypłaty emerytur z OFE (od jakiego wieku będzie nam to dane), w jaki sposób zgromadzona suma zostanie przeliczona na wysokość naszej emerytury, jakie będą zasady dziedziczenia środków jak i świadczeń. i tak dalej.

 Gdyby przyszedł do was doradca finansowy i zaproponował taki oto produkt finansowy: „Będzie nam Pan oddawał co miesiąc 100PLN. Z tego od razu weźmiemy sobie 7, a pozostałe 93 zainwestujemy według naszego uznania. Nie będzie Pan miał żadnego wpływu na to, jak te pieniądze będą inwestowane, ale zapewniamy że będą inwestowane według przyjętych przez nas reguł. Owe reguły wykluczą możliwość lokowania w większość dostępnych na rynku aktywów przez co może być Pan pewien że nie wykorzystamy wielu okazji inwestycyjnych i nie uda nam się uniknąć wielu strat – których bardziej mobilni inwestorzy unikną. W wieku 65 lat podliczymy ile się z tych inwestycji uzbierało i na tej podstawie wyliczymy ile Pan będzie dożywotnio otrzymywał co miesiąc. Choć właściwie może to będzie 67 lat? A może 70? Sami jeszcze nie wiemy. Nie wiemy też jaka będzie zasada tego przeliczenia – ale nawet jak już jakąś ustalimy to zawsze będziemy mogli ją zmienić i to oczywiście bez Pana wiedzy, zgody ani udziału. No i jak Pan umrze to tą kwotę odziedziczy Pana rodzina – ale tylko do drugiego stopnia pokrewieństwa. Jak Pan nie ma tak bliskiej rodziny to pieniądze przepadną. To oczywiście też jeszcze może się zmienić. Właściwie to wszystkie zasady możemy jeszcze zmienić – ale płacić musi Pan obowiązkowo. To co, podpisujemy?” podpisali byście?

 Niemniej OFE ma jedną potężną zaletę: przy tych wszystkich wadach i kulawych rozwiązaniach jednak autentycznie pieniądze jakoś tam inwestuje, a nie przejada na bieżąco jak ZUS. A więc pomimo iż na OFE idzie trochę ponad 20% składki możemy się spodziewać że z tego źródła będzie pochodzić do połowy naszej emerytury (dotyczy osób które odkładały na OFE przez całe zawodowe życie). EDIT: nie jest  tak różowo bo na OFE idzie 20% składki na ZUS, ale nie cała  pozostała składka ZUS idzie na emeryturę.

 Niemniej ze względu na to, że to tylko ok. 1/5 składki, oraz na wszystkie wyliczone wyżej wady również z OFE nie powinniśmy się spodziewać zbyt dużych emerytur. Ot starczy nam w barze mlecznym na kefir do kartofli kupionych za emeryturę z ZUS.

 A więc co robić, żeby nie biedować na emeryturze? O tym już wkrótce w trzecim odcinku emerytalnego serialu.

środa, 17 czerwca 2009
Co z naszymi emeryturami? część I - ZUS

Pewnie słyszeliście o piramidach finansowych, zwanych na Zachodzie – od nazwiska wynalazcy – schematem Ponziego. Piramida obiecuje niebywałe zyski, co przyciąga dużo klientów. Pierwsi faktycznie takie zyski otrzymują – a są one finansowane z wpłat nowych klientów. W odpowiednim momencie twórca piramidy znika z kasą w walizce zostawiając na lodzie frajerów.

Otóż mniej więcej na podobnej zasadzie działa nasz system emerytalny. Te zapisy na rzekomo naszych kontach emerytalnych w ZUS to oczywista fikcja. Tak naprawdę pieniądze z naszych składek są na bieżąco wypłacane aktualnym emerytom. Zaś nasze fikcyjne zapisy to tylko obietnica, że za kilkadziesiąt lat w podobny sposób będą na naszą rzecz okradane nasze dzieci i wnuki. W sposób elegancki jest to nazywane systemem solidarnościowym.

Oczywiście ta ZUS-owska piramida finansowa nie zawali się tak szybko a nawet tak do końca nie zawali się nigdy. Po pierwsze dlatego, że prawo bardzo ogranicza nam możliwości wypłat (do osiągnięcia pewnego wieku są w ogóle niemożliwe). Po drugie dlatego, że żaden rząd nie pozwoli sobie na związane z taką klapą reperkusje polityczne.

Niestety demografia jest nieubłagana – jest nas, Polaków, coraz mniej. Jednocześnie wydłuża się cały czas średnia długość życia. A więc coraz mniej pracujących musi ze swoich składek utrzymać coraz większą rzeszę emerytów. Do tego przez ostatnie dwadzieścia lat emerytury (i renty nawiasem mówiąc) traktowano jako sposób zamiatania pod dywan bezrobocia. Na prawo i lewo rozdawano różne przywileje emerytalne. W rezultacie mamy tabuny biernych zawodowo młodych emerytów i zdrowych recistów.

Jako się rzekło system emerytalny przy obecnych trendach demograficznych jest nie do utrzymania (a odwrócenie owych trendów oznaczałoby lata – jak nie dziesiątki lat – konsekwentnej i kosztownej polityki prorodzinnej, której jak dotąd nie udało się z większym powodzeniem prowadzić w żadnym europejskim kraju).  Z drugiej strony, jako się rzekło, z przyczyn politycznych system nie może zbankrutować.

Czego więc możemy się spodziewać? Teoretycznie władza ma trzy wyjścia:

1. Zdecydowanie obniżyć obecnie wypłacane świadczenia. Z przyczyn politycznych zupełnie nierealne (nikt nie chce zadzierać z ogromnym i do tego aktywnym wyborczo segmentem elektoratu). Ewentualnie mogłoby się to dokonać trochę tylnymi drzwiami poprzez likwidację automatycznej indeksacji a następnie finansowanie dotacji do Funduszu Ubezpieczeń Społecznych deficytem pokrywanym poprzez kreację pustego pieniądza. Występująca w efekcie inflacja – przy braku automatycznej indeksacji – spowodowałaby poważną obniżkę rzeczywistej wartości emerytur przy zachowaniu ich wartości nominalnej. Byłaby to jednak operacja również bardzo kosztowna politycznie i do tego ryzykowna dla całej gospodarki (dżina inflacji łatwo wypuścić z butelki, natomiast zdecydowanie trudniej z powrotem do niej zagonić).

2. Stopniowo podwyższać składki emerytalne. To jest już bardziej do zrobienia, ale też ma swoje granice. Już obecnie ponad połowę rzeczywistej pensji (a więc nie pensji brutto tylko całkowitego kosztu dla pracodawcy – pensja brutto według obecnej regulacji pomija połowę składki emerytalnej, którą opłaca pracodawca) pożerają różnego rodzaju podatki i daniny publiczne. Nie ma więc dużego miejsca na dokręcanie śruby składkowej bez całkowitego zaduszenia gospodarki.

3. Zahamować przyrost nowych uprawnionych i związanych z nimi kosztów. Wobec politycznej niemożliwości rozwiązania nr 1.  i bardzo ograniczonego pola manewru w wypadku rozwiązania nr 2 to jest najbardziej prawdopodobne. A więc możemy się spodziewać stopniowego wydłużania okresu produkcyjnego (na początek pewnie zrównania wieku emerytalnego kobiet i mężczyzn) oraz stopniowego pogarszania się wskaźnika zastępowalności dochodu przez emeryturę.

W sumie najbardziej wygrani są ci, którzy teraz przechodzą na emeryturę. Mają jeszcze możliwość korzystania z różnych przywilejów, stosunkowo niskiego wieku emerytalnego (szczególnie kobiety) itp. a jednocześnie przez ostatnie dwudziestolecie mieli przynajmniej jakąś szansę w miarę dobrze pozarabiać i nabić sobie tym samym wskaźniki na podstawie których emerytura jest wyliczana. 

Młodsi mogą założyć w ciemno, że będzie już tylko gorzej. Jeżeli liczą na godne życie na państwowej emeryturze to się srodze przeliczą. Jako aktualny jeszcze-trochę-dwudziestokilkulatek osobiście nastawiam się na wiek emerytalny nie wcześniejszy niż 70 lat i emeryturę z ZUS poniżej jednej trzeciej średnich zarobków w okresie zatrudnienia.

Tu kończę bo robi się tasiemiec, ale jeszcze raz powtarzam co warto z tego wszystkiego zapamiętać: jeżeli liczysz że państwo ci zapewni godne życie na starość to się przeliczysz. Tym bardziej się przeliczysz im jesteś młodszy.

Już wkrótce dalszy ciąg emerytalnego serialu:

Część II – OFE

Część III – Co robić?

PS. Kiedy kanclerz Bismarck wprowadzał w XIX wieku prekursorski system emerytalny oparty na zasadzie solidarnościowej był to finansowy samograj. Po prostu wiek przejścia na emeryturę był ustawiony zdecydowanie powyżej średniej długości życia w ówczesnych Niemczech. Gdyby obecnie w Polsce oprzeć system na takiej zasadzie to mężczyźni powinni przechodzić na emeryturę około 75 a kobiety około 85 roku życia.

11:47, marcinhorala
Link Komentarze (7) »
poniedziałek, 15 czerwca 2009
Kupuj jakość

Stara prawda głosi, że biednego człowieka nie stać na tanie rzeczy. W erze tanich jak barszcz de facto jednorazówek (udających np. sprzęt elektroniczny) jest to stwierdzenie bardzo aktualne.

 Oszczędne kupowanie absolutnie nie polega na automatycznym kupowaniu najtańszych rzeczy. Polega na kupowaniu rzeczy o najlepszym wskaźniku cena/jakość.

 Na przykład jedzenie. Generalnie jedzenie z najtańszej półki, szczególnie produkty przetworzone – na przykład wędliny z ceną za kilogram o połowę niższą od ceny porządnego nie-przetworzonego mięsa – nie są godne zakupu przez oszczędne osoby. Lepiej zjeść jajko albo twaróg albo dżem niż wędlinę po trzecim życiu składającą się głównie z wody i chemicznych dodatków. Osoba oszczędna NIE będzie więc kupować najtańszych „wędlin”, „masła” itp.

 Podobnie ma się sprawa z wszelkimi urządzeniami rtv i agd które kosztują grosze i psują się po miesiącu, podobnie z butami i ubraniami w całości z tworzyw sztucznych niskiej jakości i tak dalej.

 W rozsądnym kupowaniu chodzi o to, żeby wydać jak najmniej w dłuższym okresie czasu (a więc lepszy porządny sprzęt, który bezproblemowo będzie działał 10 lat, niż o połowę tańszy psujący się co roku) i żeby ze swoich pieniędzy mieć jak najlepszy użytek (wydając 7 PLN za pół kilo wędliny wydajemy 7 PLN za kilkanaście kanapek których się nie da jeść, ból brzucha, wymioty i problemy zdrowotne. Wydając te same 7 PLN na ćwierć kilo lepszej wędliny zyskujemy – fakt że o połowę mniej – ale znacznie smaczniejszych kanapek, bez dodatkowych problemów, a więc w drugim wypadku wydajemy nasze 7 PLN oszczędniej, bo więcej z niego mamy).

 Z drugiej strony oczywiście należy uważać na sprzedawców wykorzystujących skojarzenie „wyższa cena = lepsza jakość” po to żeby sprzedać nam ten sam shit tylko po wyższej cenie (ale za to w „ekskluzywnym” opakowaniu tudzież pod „prestiżową” marką).

13:58, marcinhorala
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 08 czerwca 2009
Uważaj na doradców finansowych!

Znana amerykańska zasada mówi, że nie ma czegoś takiego jak darmowy obiad. Inna zasada mówi, że jeżeli jakiś interes wygląda zbyt dobrze żeby był prawdziwy, to na pewno nie jest prawdziwy. Jak ktoś nam na ulicy wręcza kartkę pocztową albo maskotkę niby za darmo, to odruchowo dziękujemy, bo czujemy, że chodzi tylko o nawiązanie kontaktu i trzy zdania dalej będzie próbował uzyskać coś w zamian – natomiast wierzymy, że możemy dostać za darmo coś znacznie bardziej wartościowego od maskotki, czyli profesjonalną poradę w sprawach finansowych.

Musimy uzmysłowić sobie jedną prostą sprawę: najprawdopodobniej „doradca” finansowy (tak samo z resztą jak „doradca klienta” w banku) to nie jest żaden doradca tylko sprzedawca. My mu nie płacimy za jego pracę, więc musi mu płacić ktoś inny. Tym kimś innym są banki i firmy ubezpieczeniowe płacące doradcom prowizję od sprzedanych produktów finansowych. A więc w interesie „doradcy” nie jest udzielenie najlepszej dla nas rady, ale wciśnięcie nam jak najdroższego produktu finansowego.

Oczywiście zdarzają się firmy doradcze mniej i bardziej etyczne. Takie które starają się w miarę możliwości dopasować produkt do potrzeb klienta – i takie które bez żenady stosują psychologiczne sztuczki żeby wepchnąć produkt od którego mają największą prowizję. Zazwyczaj te lepsze rozpoznamy po posiadaniu sieci placówek a te grosze po bazowaniu na sieciach sprzedaży bezpośredniej (mówiąc prościej: lepszy doradca który siedzi za biurkiem w placówce i do którego przychodzimy sami kiedy mamy taką potrzebę, a bardziej podejrzany jest doradca który sam nas namierzył przez rodzinę lub znajomych i właśnie dzwoni z super hiper bajer korzystną dla nas ofertą).

Nie zrozumcie mnie źle – to nie jest tak, że doradcy finansowi to jakaś banda oszustów i krwiopijców i nie jest to zajęcie dla przyzwoitego człowieka. Bardzo często będzie tak, że rozwiązanie korzystne dla doradcy (czyli dla banku lub ubezpieczalni) będzie również korzystne dla nas. Wcale jednak tak być nie musi. Dlatego z usług doradców korzystać można – ale zgodnie z własnymi potrzebami i na własnych warunkach. Czasem mogą się przydać (na przykład dając od ręki porównanie ofert kilkunastu banków, po których nie musimy już sami biegać dla zebrania danych) – ale pamiętajmy że są tak naprawdę sprzedawcami i należy ich traktować z takim samym zaufaniem jak na przykład sprzedawcę używanych samochodów.

Ciekawym pod-gatunkiem są również doradcy inwestycyjni i różnorakie porady inwestycyjne, szczególnie odnoszące się do giełdy. Zawsze warto sobie zadać pytanie: skoro ktoś jest takim geniuszem że przewiduje trafnie i dokładnie jakie akcje stanieją a jakie podrożeją – to dlaczego dyskontuje swoją wiedzę na przykład dla pisania artykułów za marną wierszówkę zamiast samemu inwestować na giełdzie i zarabiać miliony.

Oczywiście są też prawdziwi doradcy finansowi, tacy dla których interes klienta jest zawsze na pierwszym miejscu. Poznamy ich po tym, że to klient im płaci, zazwyczaj sumy na tyle poważne, że skorzystanie z ich usług nie jest opcją dostępną dla zwykłego człowieka.

… co napisawszy uprzejmie informuję, że jakby ktoś nadal poszukiwał porady w sprawach finansów osobistych to jestem do dyspozycji. Obiecuję, że porada będzie niekoniecznie profesjonalna, ale za to na pewno uczciwa i na pewno nie darmowa.

10:19, marcinhorala
Link Komentarze (3) »
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 8