RSS
piątek, 05 czerwca 2009
Jak wybrać konto osobiste?

Konto (w bankowej nomenklaturze rachunek oszczędnościowo-rozliczeniowy) to podstawa naszych osobistych finansów. Dobre konto ułatwi nam zarządzanie naszymi pieniędzmi pozwoli nam je zyskownie finansować i generalnie ułatwi nam życie. Konto złe wręcz przeciwnie będzie regularnie wysysać z nas pieniądze i życie nam utrudniać. Dlatego wybrać konto najlepiej pasujące do naszych potrzeb i warto na ten wybór poświęcić trochę czasu. Stawiam nacisk na słowa „pasujące do naszych potrzeb”. Nie ma czegoś takiego jak konto obiektywnie najlepsze – bo różni ludzie korzystają z konta na różny sposób.

Aby wybrać najlepsze dla nas konto potrzebujemy: 1. Historii operacji na naszym koncie z ostatnich sześciu miesięcy; 2. Kilku godzin czasu; 3. Komputera z dostępem do Internetu i arkuszem kalkulacyjnym.

Zaczynamy od sporządzenia sobie listy wszystkich możliwych banków oferujących konta osobiste i od razu usuwamy z niej banki:

 a) Nie mające żadnego bankomatu w okolicy naszego miejsca zamieszkania lub miejsca pracy lub drogi, którą pokonujemy przemieszczając się z jednego w drugie. Innymi słowy: takie, do których bankomatu musielibyśmy specjalnie się fatygować wyraźnie nadkładając drogi. Uwaga: nie chodzi tu o bankomat należący koniecznie do danego banku, tylko bankomat, z którego będziemy mogli podjąć pieniądze bez prowizji, jeżeli ten warunek spełnia pobliski bankomat innego banku lub sieci w rodzaju Euronet czy Cash4You itp., wszystko jest w porządku.

 b) Nie oferujące dostępu do konta przez Internet.

 c) Nie oferujące możliwości założenia powiązanego z ROR-rem rachunku oszczędnościowego oraz rachunku funduszy inwestycyjnych. Łatwo dostępne inne powiązane z kontem produkty finansowe jak indywidualne konto emerytalne, rachunek maklerski czy lokaty strukturyzowane będą zawsze mile widziane, ale nie są niezbędne.

To oczywiście moje wymagania minimum, każdy musi sam je określić decydując, co w korzystaniu z konta uważa za ważne.

Następnie analizujemy półroczną historię naszego aktualnego konta i spisujemy wszystkie operacje jakie w tym czasie wykonaliśmy: przelewy, stałe zlecenia, wypłaty z obcych bankomatów itp.

Kolejnym etapem jest podsumowanie dla naszego konta wszelkich opłaty na rzecz banku, które ponieśliśmy (a więc poza prowizjami za wykonywane operacje również opłaty stałe – za prowadzenie konta, za posiadane karty, za kanały dostępu itp.) – a korzystając ze spisu wykonanych operacji i tabeli opłat innych banków obliczamy, ile byśmy wydali na opłaty i prowizje gdybyśmy przez ostatnie pół roku korzystali z ich oferty na ROR-y.

Ostatnim etapem jest uwzględnienie oprocentowania konta (zazwyczaj żałośnie małego). Po prostu sumujemy półroczne wpływy na konto, dzielimy przez sześć (chyba że nasz bank podaje nam informację na temat średniego salda na koncie, wówczas dzielimy je tylko przez dwa) i mnożymy przez roczną stopę oprocentowania a następnie odejmujemy podatek Belki. O tak otrzymaną kwotę zysków z oprocentowania pomniejszymy obliczone koszty.

I już – mamy czarno na białym czy i ile możemy zyskać na zmianie konta.

Operację starczy wykonać raz na parę lat, chyba że zauważymy jakąś drastyczną zmianę opłat i prowizji w naszym zoptymalizowanym banku, albo drastyczną zmianę naszych zwyczajów korzystania z konta.

Dużo poteoretyzowałem o tych obliczeniach więc może dla rozjaśnienia mały przykładzik.

Grzegorz Bezrefleksyjny od czasu podjęcia pierwszej pracy kilkanaście lat temu ma konto w tym samym banku. Nie pamięta już czemu wówczas wybrał ten bank, który zresztą w międzyczasie zdążył niezliczoną ilość razy zmienić tabelę opłat i prowizji, a raz nawet zmienić nazwę. Grzegorz nigdy nie zastanawiał się nad swoim kontem, po prostu korzystał z niego i tyle.

W ostatnim półroczu Grzegorz Bezrefleksyjny wykonał 26 przelewów (prowizja 1 zł), co miesiąc realizował dwa zlecenia stałe (ustanowienie zlecenia płatne, ale to zrobił wcześniej – a realizacja darmowa), dwukrotnie wypłacał drobne sumy w obcych bankomatach (5 zł od wypłaty), trzykrotnie kupował oferowane przez bank jednostki funduszy inwestycyjnych za łączną kwotę 3600 złotych (prowizja 1%). Za prowadzenie konta płaci 7 zł. miesięcznie, za dostęp do konta przez Internet – 3 zł, za posiadanie karty płatniczej 1 zł, a za dodatkową kartę dla żony – 7 zł.

Jak łatwo więc obliczyć pan Bezrefleksyjny przez pół roku zapłacił bankowi, w którym prowadzi konto 180 złotych.

Konto oprocentowane jest w wysokości 0,1%, łączne wpływy przez pół roku wyniosły 19200 więc uśrednione zyski z oprocentowania to ok. 2,5 złotego.

Jakież było zdziwienie Grzegorza gdy przeglądając oferty innych banków znalazł trzy w których dokładnie wszystko za co do tej pory płacił prowizję było za darmo! Wybrał taki, w którym ROR był najwyżej oprocentowany - wysokości 0,75% (uśredniony zysk z odsetek po opodatkowaniu ok. 19 zł).

Jak widać na tej jednej decyzji Grzegorz zaoszczędzi w skali roku prawie 400 złotych.

Odpowiedzmy sobie na pytanie: czy warto poświęcić dwie godziny lekkiej pracy dla szansy zarobienia kilkuset złotych?

I na koniec jedna ważna uwaga – zdecydowanie nie warto zmieniać ROR-u, jeżeli w najbliższych miesiącach zamierzamy ubiegać się o jakiś większy kredyt, wówczas będziemy potrzebowali kilkumiesięcznej albo i rocznej historii konta.

11:27, marcinhorala
Link Komentarze (3) »
środa, 03 czerwca 2009
Na co i jak oszczędzam?

Dobra, pomądrzyłem się trochę ostatnio np. na temat wyboru funduszy inwestycyjnych – może pora się przyznać jak oszczędzam samemu. Pierwszą cześć opisałem tutaj.

Aktualnie oszczędzam na następujące cele (w nawiasach horyzont inwestycyjny a po myślniku sposób oszczędzania):

Fundusz awaryjny (?) – konto lokacyjne 

Fundusz wcześniejszej spłaty kredytu/poduszka finansowa, cały czas się waham czy wybrać opcję bezpieczniejszą czyli gromadzić te środki, czy bardziej zyskowną od razu dokonując wcześniejszych spłat (?) – konto lokacyjne

Wakacje (1 rok) – konto lokacyjne

Fundusz edukacyjny, żona właśnie rozpoczyna studiować drugi kierunek, a ja pewnie kiedyś chciałbym zrobić jakieś studia podyplomowe (1-5 lat) – konto lokacyjne i lokaty

Zmiana samochodu (5-7 lat) – konto lokacyjne i lokaty

Przyszłość dzieci (20-25 lat) – portfolio: lokaty/fundusze rynku pieniężnego 8%, fundusze obligacyjne 20%, fundusze zrównoważone 30%, fundusze akcyjne 42%

Emerytura/ niezależność finansowa (30-35 lat) – portfolio: lokaty/fundusze rynku pieniężnego 5%, fundusze obligacyjne 25%, fundusze zrównoważone 10%, fundusze akcyjne 45%, akcje GPW 15%.

A wy w jaki sposób oszczędzacie? I na jakie cele?

12:02, marcinhorala
Link Komentarze (8) »
poniedziałek, 01 czerwca 2009
Jak inwestować w fundusze inwestycyjne?

Nie będę się teraz zagłębiał w zagadnienie dywersyfikacji portfolio a co za tym idzie decyzji czy inwestujemy w fundusze akcyjne czy zrównoważone czy może obligacyjne i w jakich proporcjach.

Chodzi mi już o moment gdy podejmujemy decyzję w który konkretnie fundusz zainwestować. Doszliśmy już do momentu, w którym stwierdzamy na przykład dobra, chcę przeznaczyć 1000PLN na fundusz akcyjny – ale który konkretnie?

Najpierw informacja czym się NIE kierować – otóż nie należy się kierować dotychczasowymi stopami zwrotu. To są dane historyczne,  coś co było i minęło. Fundusz, który w historii był liderem wzrostów może teraz być liderem spadków i na odwrót. Jak się komuś chce to może zrobić porównanie do WIG-u lub innego wskaźnika kluczowego dla aktywów w które inwestuje fundusz. W ten sposób zazwyczaj uda się oddzielić fundusze nad-agresywne które zazwyczaj zyskują ponad rynkowe wzrosty ale i tracą więcej niż rynek w trakcie bessy – i fundusze pod-agresywne z którymi jest dokładnie odwrotnie. Jakby ktoś znalazł fundusz, który w długiej perspektywie regularnie pokonywał rynek i w hossie i w bessie to niech da znać o takim dziwie. A mimo to trzeba by taki fundusz traktować z rezerwą bo to nadal tylko będą dane historyczne nie mające bezpośredniego przełożenia na przyszłość.

Czym więc się kierować wybierając fundusz? Ano wysokością opłat i prowizji. Zwłaszcza przy dłuższym horyzoncie inwestycyjnym (a tylko przy takim horyzoncie rozważałbym pakowanie oszczędności w cokolwiek poza lokatami i obligacjami) te klika procent rocznie składa się w spore sumy.

Zazwyczaj jest tak że jak giełda rośnie to i fundusze rosną i jak giełda spada to fundusze spadają. Są oczywiście różnice w skali tych wzrostów i spadków ale są one jako się rzekło trudne do przewidzenia i bardzo niepewne. Natomiast opłaty i prowizje są jak najbardziej pewne i nie małe. To czy uda się trafić w przyszłego lidera wzrostów jest dla zwykłego ciułacza loterią. Natomiast trafić w lidera kosztów możemy bez pudła i bez pudła możemy go uniknąć. A jeżeli opłaty i prowizje liczą się w procentach to są to naprawdę znaczące sumy. Jeżeli za lokatę dostaniemy 4% a fundusz bierze 4% prowizji za zarządzanie – to na starcie, żeby tylko zrównać się lokatą musi zarobić co najmniej 8%. Dodatkowe opłaty i prowizje za kupno i umorzenie jednostek zbliżają deal do poziomu skandalu i złodziejstwa w biały dzień.

Oczywiście należy pamiętać, że tu też obowiązuje zasada nie wkładania wszystkich jajek do jednego koszyczka czyli dywersyfikacji. Czyli nie tylko jak chcemy zainwestować 10 tys. to wkładamy np. 4 tys. w lokaty, 4 w fundusze akcyjne i 2 tys. w indywidualne akcje – ale również te 4 tys. na fundusze akcyjne nie wkładamy w jeden tylko dzielimy na trzy – cztery fundusze.

Zauważyłem, że u frugala zachęca to komentatorów do aktywności, więc również zakończę post w jego stylu pytaniem: a jak wy wybieracie w które fundusze zainwestować?

11:20, marcinhorala
Link Komentarze (10) »
czwartek, 28 maja 2009
Co rodzice są winni swoim dzieciom?

Sam pod względem finansowym bardzo wiele zawdzięczam mojej Mamie, dzięki Niej wystartowałem w dorosłe życie kilka długości przed większością moich rówieśników. Konieczność analogicznej pomocy mam więc w genach i pomimo iż moje córeczki są jeszcze bardzo małe (2 lata i 4 miesiące) już teraz zacząłem poważnie oszczędzać na ich przyszłość.  

Z drugiej strony jednak w angielskiej blogosferze co rusz przejawiają się artykuły o tym jak osoby, którym kasa spadła z nieba (dostali/odziedziczyli/wygrali) gorzej sobie radzą finansowo od tych którzy musieli na nią zapracować – więc w sumie obdarowani lepiej by na tym wyszli gdyby nic nie dostali. 

Na ile więc rodzice powinni finansowo pomagać dzieciom, czy są w ogóle swoim dzieciom coś winni? Pomyślawszy trochę na ten temat pozwoliłem sobie zebrać poniższą listę priorytetów. Jest ona usystematyzowana pod względem hierarchii ważności, czyli że nie należy np. realizować pkt. 4 jeżeli miałoby to zagrozić realizacji pkt. 1: 

1. Rodzice powinni przede wszystkim zabezpieczyć swoją własną starość tak aby nie stanowili w przyszłości obciążenia dla swoich dzieci. Zgromadzić majątek i zdobyć dochody (emeryturę przede wszystkim) pozwalające na samodzielne utrzymanie na choćby minimalnym poziomie. Zgodnie z zasadą „po pierwsze nie szkodzić”. Co z tego że dziś damy coś-tam naszym dzieciom, jeżeli za dwadzieścia lat będziemy do nich wyciągać rękę co miesiąc żeby nie głodować, albo co gorsza zwalimy im się na głowę bo nie będzie nas stać na utrzymanie własnego mieszkania.

2. Rodzice powinni przekazać dzieciom dobre nawyki finansowe, nauczyć oszczędności, odkładania w czasie gratyfikacji. Nauczyć, bo niestety szkoły tego nie uczą, jak korzystać z konta, czym jest karta kredytowa i czym się różni od debetowej i tak dalej. Dlatego jestem gorącym zwolennikiem kieszonkowego, u nastolatków obsługiwanego za pomocą własnego konta.

3. Każdy – nie tylko rodzice – powinien dokonać rozporządzeń na wypadek śmierci (w formie testamentu lub darowizn jeszcze za życia) w sposób całkowicie jasny, klarowny i niemożliwy do podważenia. Kto tego nie czyni funduje swojej rodzinie niebezpieczeństwo destrukcyjnych konfliktów o podział majątku (które potrafią skłócić na śmierć i życie).

4. Rodzice powinni sfinansować dzieciom nabywanie umiejętności i korzystanie z szans pozwalających w późniejszym wieku na własne utrzymanie. A więc przede wszystkim finansować edukację, nie żałować na korepetycję i naukę języków, bo dziecko w wieku szkolnym nie ma możliwości inaczej sobie na nie pozwolić. W następnym kroku dopomóc w zdobyciu wyższego wykształcenia, specyficznych uprawnień zawodowych, albo rozkręceniu własnego biznesu – ale to już w miarę możliwości, może w formie „dołożenia się” lub korzystnej pożyczki, bo raz że to już sprawy bardziej kosztowne, a dwa że starsze już dzieci mają możliwość przynajmniej częściowego zarobienia na te cele własną pracą.

5. Jeżeli w rodzinie występują osoby niezaradne z natury lub z powodu wieku lub stanu zdrowia (np. dziadkowie) i wymagające w związku z tym wsparcia finansowego rodzice bardzo pomogą możliwie długo utrzymując te obowiązki na swoich barkach żeby nie przygniotły dopiero dorabiających się dzieci.

6. Jeżeli wkraczające w dorosłość dzieci oszczędzają na jakiś godny wsparcia cel – własne mieszkanie, edukację, własny biznes – bardzo duża a jednocześnie stosunkowo dostępną formą wsparcia jest po prostu pozwolenie na dłuższe zamieszkiwanie w domu rodzinnym a więc darmowy lub bardzo tani dach nad głową i wikt, który pozwoli np. na szybkie oszczędzenie na wkład własny do kredytu na mieszkanie, bez marnowania pieniędzy na czynsz na wynajem.

7. Ostatecznie, jeżeli środki na to pozwolą (a wszystkie powyższe cele są już zrealizowane) rodzice mogą zapewnić dziecku start kilka długości do przodu dając mu całość lub część środków na podstawowe mieszkanie. Wynajem lub konieczność płacenia drakońskich rat kredytu upośledzają możliwości finansowe rodziny na długie, długie lata i powodują, że często dopiero po czterdziestce ludzie są zdolni zacząć poważnie odkładać na własną starość czy też inne cele. Zdjęcie takiego brzemienia na starcie w dorosłość ma ogromne znaczenie.

Wszystko powyższe musi być oczywiście realizowane z dużą ostrożnością i obserwacją skutków bo na pewno lepiej nie zostawić dzieciom żadnych pieniędzy a zostawić nawyki i umiejętności pozwalające do pieniędzy dojść – niż zostawić dziecko z mieszkaniem czy też innymi dobrami w pakiecie z postawą roszczeniową i wyuczoną bezradnością.

wtorek, 26 maja 2009
Czy mBank próbuje naciąć starych klientów?

Od kilku lat jestem stałym - i osobiście zadowolonym - klientem mBanku. Niestety zanosi się na to, że bank zarobi ode mnie żółtą kartkę.

Co widzimy dziwnego na powyższym obrazku (aktualna tabela oprocentowania lokat w mBanku)? Dość strakcyjne lokaty 2,4 i 12 miesięczne (zaznaczone na czerwono) i niezbyt atrakcyjne lokaty 3,6 i 9 miesięczne. Brak jakiejkolwiek logiki. Jeżeli bank obstawia że w przyszłości stopy spadną to oprocentowanie lokat powinno spadać wraz z ich długością - jeżeli obstawia że wzrosną to odwrotnie. Tymczasem tutaj oprocentowanie fluktuuje raz spadając raz rosnąc.

Tymczasem lokaty 2 i 4 miesięczne są w ofercie banku nowe. Wcześniej były tylko 3,6, 9 i 12 miesięczne i były dość atrakcyjnie oprocentowane. Kto wówczas założył lokatę, ustawił na automatyczne odnawianie i więcej do niej nie wracał - ten teraz straci. Albo jak gdzieś mu się przewinęła reklama mBanku reklamująca wysokie oprocentowanie nowych lokat więc doszedł do wniosku (o, mBank nadal daje niezłe procenty, nie muszę ruszać/zaglądać do moich lokat).

Oczywiście taki maniak finansów jak niżej podpisany sprawdza stronę swojego banku co najmniej codziennie, więc mi się lokaty z zaniżonym oprocentowaniem nie odnowiły tylko je "przeokresowałem". Na pewno jednak wielu starych klientów żyje do tej pory w nieświadomości że ich kiedyś niezłe lokaty obecnie zarabiają zdecydowanie poniżej poziomu dobrych ofert na rynku.

Wszystko oczywiście lege artis i bank może sobie taką politykę prowadzić (i pewnie ma dla niej nawet jakieś fajnie brzmiące marketingowo wyjaśnienie). Niemniej taka "kreatywna" polityka kuszenia nowych klientów wysokimi procentami i nacinania starych klientów na niskich ma u mnie żółtą kartkę.

12:02, marcinhorala
Link Komentarze (3) »
poniedziałek, 25 maja 2009
O wciskaniu kart...

Pisze na swoim blogu frugal, ja dorzucę swoje doświadczenie.

Otóż kilka miesięcy temu biorę w banku kredyt hipoteczny, który zdaniem banku jest na absolutnej granicy moich możliwości (oczywiście w rzeczywistości tak nie jest, ale mamy właśnie szczyt paniki kryzysu finansowego i banki mają absurdalne podejście do kredytów hipotecznych + ich procedury zupełnie nie przystają do mojej nietypowej sytuacji finansowej).

No więc bank uważa że zapożyczam się na styk co mi wielokrotnie dano do zrozumienia w trakcie negocjacji. W końcu jest zgoda, mam podpisać umowę i co się okazuje...

... żeby dostać kredyt hipoteczny na określonych warunkach muszę też w pakiecie wziąć kartę kredytową z kilkutysięcznym limitem.

Czujecie? nie mogę wziąć więcej  kilku tysięcy kredytu na parę procent i z najlepszym z możliwych zabezpieczeń - ale ta sama kasa na karcie kredytowej - ależ proszę bardzo, jeszcze cię zmusimy żebyć wziął. ROTFL.

Karta oczywiście leży nieaktywowana na dnie szafy i czeka spokojnie na moment kiedy będę mógł rozwiązać umowę.

14:06, marcinhorala
Link Komentarze (5) »
czwartek, 21 maja 2009
Ubezpieczenie jako hazard - czyli jeszcze o ubezpieczeniach

Wspomniał o tym w komentarzach pod poprzednim postem truszer a potem mi się przypomniało że pisał o tym kiedyś Krowin - jak tak się dobrze zastanowić to ubezpieczenie jest hazardem. 

Na przykład ubezpieczam się od kradzieży samochodu. Płacę roczną składkę 2 tys. a jak mi ukradną samochód ubezpieczalnia wypłaci mi 20 tys.. Tak naprawdę to jest po prostu zakład. Ja stawiam 2 tys. na to że mi samochód przez rok ukradną, a ubezpieczalnia stawia 20 tys. na to że mi jednak nie ukradną. 

I jak w każdym hazardzie, poza zupełnie wyjątkowymi trafami, na dłuższą metę zawsze wygrywa kasyno. Po prostu ubezpieczalnia ma po swojej stronie wysoko opłacanych zawodowców, których zdaniem jest takie skonstruowania umowy i wysokości zakładu żeby statystycznie zawsze wyjść do przodu. 

Dlaczego więc ludzie się ubezpieczają? Jak już pisałem: z tego samego powodu dla którego grają w Totolotka – przeceniają małe prawdopodobieństwa. Dodajmy: oraz dlatego że mają bujną wyobraźnię. No i z jeszcze jednego powodu – bo ich finanse są w opłakanym stanie. 

Przecenianie małych prawdopodobieństw najlepiej prześledzić na podstawie Totolotka. Fakt że gdzieś tam padają jakieś „szóstki” w umyśle przeciętnego człowieka jest upraszczany do tezy – „czasem mogę wygrać”. Podczas gdy tak naprawdę biorąc pod uwagę realne prawdopodobieństwo należałby raczej uprościć do „nigdy w życiu nie wygram”. Podobnie - czasem ktoś tam wpada pod samochód (nawet częściej niż trafia „szóstkę”) a jednak chodzimy po ulicach przyjmując roboczo założenie „ja nigdy pod samochód nie wpadnę”. Inaczej strach by było wyjść z domu, obwieszalibyśmy się tonami światełek odblaskowych i obwiązywali poduszkami.  

Prawda jest taka, że jeżeli zdarzenie jest bardzo, bardzo mało prawdopodobne i mamy żadne lub bardzo ograniczony wpływ na jego wystąpienie – to należy żyć tak, jakby wystąpienie tego zdarzenia nie było w ogóle możliwe. O ile więc racjonalne jest rozejrzenie się w prawo i w lewo przed wejściem na jezdnię – bo pewnie tą prostą czynnością zmniejszamy niebezpieczeństwo wypadku o kilkadziesiąt procent – o tyle dalsze czynności w stylu unikania wychodzenia z domu są już nieracjonalne ze względu na stosunek poniesionych nakładów do ryzyka zdarzenia. 

I tu wracamy kółkiem do ubezpieczycieli. Otóż jeżeli ubezpieczyciel po inspekcji naszych drzwi i zamka, obejrzeniu okolicy w jakiej mieszkamy oraz oszacowaniu wartości wyposażenia stwierdza że ubezpieczy nasz dom od włamania za 100 PLN na rok to możemy być pewni że wydatek jaki warto ponieść na uniknięcie tego ryzyka jest na pewno wyraźnie mniejszy. Musi bowiem – powtarzam po raz kolejny – pozostać nadwyżka z której kasyno, znaczy ubezpieczalnia, żyje. 

Oczywiście może się zdarzyć sytuacja, w której warto się ubezpieczyć bo uda się oszukać system. Na przykład aktuariusz przyjął w swojej tabeli dla ubezpieczenia na życie że pożyjemy do 70 roku życia, a my skąd inąd wiemy że wszyscy nasi przodkowie w linii męskiej umierali przed 50-tką. Jak się komuś chce to może się tak bawić, aczkolwiek musi pamiętać że ubezpieczalnia już z niejednym takim cwaniakiem (lub w  tym wypadku spadkobiercami cwaniaka) w sądzie wygrała i na pewno w jego umowie będzie sto i jeden sprytnych klauzul zabezpieczających ubezpieczalnie przed takimi numerami. 

Bujna wyobraźnia też przeszkadza. Zamiast normalnie żyć zamartwiamy się tym co będzie jeśli, jeśli na przykład ukradną nam warty kilkadziesiąt tysięcy samochód w który wpakowaliśmy wszystkie oszczędności i jeszcze wzięliśmy kredyt. A co jak nas sąsiad zaleje, a co jak będzie pożar, a co jak będę miał raka itp. No cóż mogę tylko polecić modlitwę Marka Aureliusza: „Boże, daj mi cierpliwość, bym pogodził się z tym, czego zmienić nie jestem w stanie. Daj mi siłę, bym zmieniał to co zmienić mogę. I daj mi mądrość, bym odróżnił jedno od drugiego.” 

Dochodzimy wreszcie do trzeciego naganiacza klientów dla firm ubezpieczeniowych: złej kondycji finansowej. To jest ewidentny wynik złego zarządzania swoimi pieniędzmi. Nie, nie biedy – im ktoś biedniejszy tym mniej ma, tym mniej się musi obawiać straty tego czegoś. Natomiast jak ktoś jest biedny a próbuje konsumować tak jakby nie był – o, wówczas prosi się o kłopoty. Kloszard nie zamartwia się że mu ukradną karton w którym śpi, bo na każdym śmietniku znajdzie sobie nowy. Bezrobotny nie będzie wykupywał ubezpieczenia na życie – bo jego rodzina w wyniku jego śmierci nie utraci żadnych dochodów. Ale ktoś, kto mało zarabia a wpakował wszystkie pieniądze w drogi samochód i jeszcze się po uszy zapożyczył będzie faktycznie drżał żeby mu tego samochodu nie ukradli. Kradzież będzie dla niego tak poważną katastrofą finansową, że faktycznie z jego punktu widzenia może być sensowne wykupienie ubezpieczenia. Tylko, że sensowne pozornie, bo głównym problemem jest to, że kupił samochód, na który go nie stać. Najbardziej sensowne będzie po prostu luksusowy samochód sprzedać, spłacić pożyczkę i za połowę pozostałej sumy kupić jakiś mały i używany - a drugą połowę odłożyć na koncie jako fundusz awaryjny. 

Oczywiście wymądrzywszy się jak wyżej muszę przyznać że czasem kupuję Totolotka. Nic na to nie poradzę że mam bardzo bujną wyobraźnię, a marzyć sobie co zrobię z wygraną nie mając losu w portfelu byłoby cokolwiek dziwnie. No ale przynajmniej się nie ubezpieczam ;)

14:56, marcinhorala
Link Komentarze (28) »
środa, 20 maja 2009
Przezorny zawsze (nie)ubezpieczony

Są ubezpieczenia, których nie da się uniknąć: obowiązkowe OC samochodu, ubezpieczenie mieszkania kupowanego na kredyt (wymagane przez kredytujący bank), może komuś trafić się jeszcze jakieś inne (np. ubezpieczenie OC od kosztów błędów zawodowych w niektórych zawodach). 

Wszystkie, ale powtarzam to, wszystkie inne ubezpieczenia są stratą pieniędzy. Firmy ubezpieczeniowe też muszą z czegoś żyć, wynajmują więc wysokiej klasy specjalistów od szacowania ryzyka. A ci znakomicie opłacani specjaliści siedzą całymi dniami i wyliczają składki tak żeby klienci zawsze, statystycznie rzecz biorąc, byli do tyłu. To znaczy żeby - biorąc pod uwagę szanse na wystąpienie danego zdarzenia i kwotę wypłacaną przy jego wystąpieniu – składka była proporcjonalnie zbyt wysoka z punktu widzenia ubezpieczającego się. Powtarzam, tak musi być, bo właśnie z tej nadwyżki ubezpieczalnie żyją.  

Czy zatem w ogóle się nie ubezpieczać od niczego? Szczerze mówiąc nie jest wcale takie złe rozwiązanie. Ludzie mają skłonność do przeceniania małych prawdopodobieństw co objawia się zarówno do strony lękowej leczonej poprzez ubezpieczenie się, jak i od strony marzeń zaspokajanej np. poprzez kupowanie zakładów Totolotka.  

Ja proponuję jednak jeszcze lepsze rozwiązanie: ubezpieczajmy sami siebie. Takim naszym własnym ubezpieczeniem jest ulepszony fundusz awaryjny. Rozwińmy nasz fundusz na wypadek nieprzewidzianych wydatków do rozmiaru, który pozwoli na pokrycie kosztów zdarzeń, od których zazwyczaj ludzie się ubezpieczają. Chodzi tu na przykład o pożar mieszkania, włamanie, zalanie mieszkania, wypadek, kradzież samochodu, uszczerbek na zdrowiu, pobytu w szpitalu itp. Konkretna wysokość zależy od indywidualnej oceny. W moim wypadku najkosztowniejsza byłaby w chwili gdy piszę te słowa kradzież samochodu (wartego ok. 20 tys.). Mój fundusz awaryjno-ubezpieczeniowy powinien więc wynieść docelowo 20 tys. (choć pewnie zanim zdążę tyle uzbierać kwota docelowa spadnie – bo z czasem samochód będzie coraz mnie wart). 

A więc określmy sobie wysokość docelową naszego funduszu określając koszty najdroższego zdarzenia, które miałby pokryć. Następnie dowiadujemy się w firmie ubezpieczeniowej ile by nas kosztowało ubezpieczenie od wszystkich zdarzeń od których chcielibyśmy się ubezpieczyć. Po czym sumujemy składki i taka kwotę zamiast płacić ubezpieczycielowi płacimy sobie (tzn. odkładamy na dedykowanym tylko w tym celu koncie lokacyjnym). Osiągając założoną kwotę docelową – i tu tkwi główna korzyść z całego pomysłu – przestajemy płacić w ogóle, a nadal jesteśmy ubezpieczeni. Kwota sobie w spokoju dalej rośnie i czeka na wystąpienie jakiegoś nieprzewidzianego a kosztownego zdarzenia. 

Zalety takiego rozwiązania, poza podstawową (od pewnego momentu jesteśmy ubezpieczeni mimo, iż nie płacimy żadnych składek), to: 

- Jesteśmy ubezpieczeni od wszystkich możliwych zdarzeń, nawet takich których wystąpienia obecnie nie przewidujemy (podczas gdy ubezpieczając się ryzykujemy też podwójną stratę: że płaciliśmy latami ubezpieczenie np. od pożaru i włamania a ucierpimy od zdarzenia od którego akurat się nie ubezpieczyliśmy np. zaleje nas sąsiad);

 - Kwota ubezpieczenia sama się pomnaża; 

Na tym rozwiązaniu stracimy tylko jeżeli okażemy się wyjątkowymi pechowcami tzn. nieszczęścia dopadną nas bardzo szybko zanim uda nam się zgromadzić znaczną kwotę (temu można zaradzić przeznaczając na początek od razu kilka tysięcy na konto funduszu „awaryjno-ubezpieczeniowego”) albo nieszczęścia dopadną nas seryjnie jedne po drugim zanim zdążymy odbudować fundusz po poprzednich wypłatach. Prawdopodobieństwo takiej anty-kumulacji jest jednak na tyle małe, że warto je podjąć. 

Dlatego hasło na dziś: przezorny zawsze nie ubezpieczony. Przezorny jest swoim własnym ubezpieczycielem.

12:12, marcinhorala
Link Komentarze (15) »
poniedziałek, 18 maja 2009
Chcesz stracić dużo pieniedzy? Kup sobie samochód!

Samochód to tak naprawdę dziura bez dna, która zasysa nasze środki w zawrotnym tempie. Jest najdroższym dobrem czysto konsumpcyjnym (mieszkanie/dom to z jednej strony konsumpcja i źródło wydatków, ale z drugiej strony również inwestycja – może utrzymywać swoją wartość a przy odrobinie szczęścia nawet zwiększać). Tymczasem na samochodzie się traci, traci i traci.

Po pierwsze już w chwili kupna tracimy, bo biorąc pod uwagę związane z tym opłaty – podatek i rejestracja – musielibyśmy go sprzedać drożej tylko po to żeby wyjść na swoje. Dalej samochód z każdym rokiem traci na wartości i im jest bardziej wartościowy tym traci więcej w liczbach bezwzględnych. A więc przez sam fakt posiadania samochodu z roku na rok tracić będziemy – w większości przypadków – tysiące złotych. Szczególnie jaskrawym przypadkiem jest kupno fabrycznie nowego samochodu. Przejeżdżając kilka metrów za bramę salonu, w kilka minut, tracimy kilka albo i kilkanaście tysięcy.

Dalej idą niemożliwe do uniknięcia koszty stałe takie jak ubezpieczenie i przeglądy. Co istotne – ponosimy je za sam fakt posiadania samochodu niezależnie od tego ile nim jeździmy.

No ale skoro już samochód mamy i za niego płacimy to wypadałoby trochę pojeździć – a więc wydamy na benzynę i to niemało. Poza benzyną są też inne materiały eksploatacyjne, które mają to do siebie, że się zużywają – filtry, oleje, opony itp.

Oczywiście może się zdarzyć jakaś kolizja lub awaria i trzeba będzie samochód naprawić, co też nie należy do tanich operacji.

Jak ktoś dał się wrobić w samochód na kredyt zapłaci jeszcze dość wysokie odsetki.

Samochód ma też zwyczaj naciągania nas na wydatki na swoje potrzeby – od mycia i woskowania po dach nad głową, czyli garaż.

 I jakby tego było mało zawsze jest jeszcze ryzyko, że nam samochód ukradną, względnie że go rozbijemy tak, że nie będzie co zbierać.

Aby uzmysłowić sobie ile kosztuje nas samochód wystarczy wykonać prostą operację obliczenia całkowitego kosztu posiadania. A więc nie tylko wydatki roczne na benzynę, ale i wydatki na przeglądy i naprawy, na ubezpieczenie oraz ile przez rok spadła wartość samochodu. A więc na przykład mój samochód (Golf czwórka z 2001) kosztował mnie łącznie w zeszłym roku lekko licząc jakieś 8-10 tys., nieźle nie? Starczyłoby na przykład na rok-dwa lata studiów, na trzy fajne wakacje albo na coś jeszcze innego.

Generalnie rzecz biorąc kupując samochód wykonujemy operację podobną do wystawienia kilkudziesięciu tysięcy złotych gotówką na dwór. Kupkę będzie stopniowo rozwiewał wiatr aż z niej nic nie zostanie – chyba że szybciej ją ktoś ukradnie.

Co oczywiście mówi szczęśliwy posiadacz samochodu, a do niedawna nawet dwóch. Ja po prostu rozważyłem wszystkie za i przeciw i stwierdzam że chcę mieć samochód, że rzeczywiście podnosi jakość mojego życia i że stać mnie na niego.

Natomiast gdybym miał samochód wykorzystywać tylko do dojazdów do pracy (do której mam też w miarę wygodne połączenie komunikacją publiczną), gdybym nie miał dzieci, albo gdybym zaczął wyraźnie mniej zarabiać – myślę że zdecydowałbym się żyć bez samochodu. Rzecz dla mnie jeszcze niedawno nie do pomyślenia. Co to finanse osobiste potrafią zrobić z człowieka…

14:00, marcinhorala
Link Komentarze (5) »
piątek, 15 maja 2009
Pieniądze w małżeństwie

W komentarzach pod poprzednimi postami przewijała się kwestia finansów i oszczędzania w małżeństwie/związku. Temat niewątpliwie niełatwy – jak gdzieś czytałem nieporozumienia wokół rodzinnych finansów są jedną z najczęstszych przyczyn rozwodów. Przede wszystkim pewnie najważniejsze jest ustalenie jakichś stałych zasad w tej dziedzinie jeszcze zanim się z kimś na stałe zwiążemy. Niestety często brak tego rodzaju ustaleń wychodzi dopiero w praniu domowych brudów gdy okazuje się że dwie strony mają zupełnie różne podejście do pieniędzy. Spróbuję tu zaproponować kilka możliwych do zastosowania rozwiązań.

1.      Pełna wspólność małżeńska – mamy po prostu jedne wspólne konto na które przychodzą zarobki obydwu stron, do którego każdy ma swój dostęp i dysponuje pieniędzmi na potrzeby własne i domowe. Tak na przykład prowadzę swoje finanse z żoną, mamy wspólne konto, każde z nas ma swoją kartę i tyle. Taki model wymaga jednak przede wszystkim daleko idącej zgodności podejścia do spraw finansowych. My z żoną akurat pod tym względem dobraliśmy się dobrze (oboje lubimy oszczędzać ale i czasem wydawać na przyjemności). Jak przychodzą pensje rozpisujemy sobie budżet na następny miesiąc – i się go trzymamy.

2.      Wspólność z kieszonkowym – jak wyżej, ale gdy nawzajem małżonków wkurza czasem to na co druga połowa „marnuje” pieniądze. Wspólne konto stanowi więc podstawowe źródło z którego pokrywane są wydatki gospodarstwa domowego – ale jakieś drobne sumy np. 100 czy 200 PLN miesięcznie są przelewane na oddzielne konta małżonków i z tymi pieniędzmi robią sobie co chcą. Każdy ma więc trochę finansowej niezależności (żeby nie musieć ciągle wysłuchiwać – „jak mogłeś/mogłaś tyle wydać na TO”) ale zasadnicze finanse są wspólne.

3.      Rozdzielność z prowadzeniem gospodarstwa. W tym układzie mamy trzy mniej więcej równorzędne konta – osobiste małżonków i wspólne będące kontem gospodarstwa domowego. Małżonkowie muszą się dogadać tylko co do potrzeb gospodarstwa – ile pójdzie na czynsz i inne opłaty i na jedzenie, oraz ustalić w jakich częściach się na to składają. Całą resztę  wydają (lub oszczędzają) według własnego uznania.

4.      Pełna rozdzielność. Małżonkowie mają zupełnie oddzielne konta i prowadzą oddzielne finanse – a jak zdarza się jakiś wspólny wydatek po prostu na bieżąco się na niego składają. Ewentualnie mogą wydatki na stałe między sobą rozdzielnic na zasadzie np. ja płacę rachunki a ty kupujesz jedzenie.

Ja z żoną jako się rzekło stosuję wariant pierwszy, ale uważam że każdy jest dobry o ile małżonkom pasuje. Oczywiście schody się zaczynają gdy małżonkowie nie mogą się dogadać. Nawet co wybrania jednego z powyższy modeli. Albo na przykład tylko jedno z nich zarabia a drugie zajmuje się domem i zupełnie nie są w stanie się porozumieć do jakiej części i jakiego zakresu decydowania o finansach ma prawo małżonek nie pracujący. Albo obydwoje chcą prowadzić wspólne lub prawie wspólne finanse ale jednocześnie zupełnie nie są w stanie się dogadać jak powinny one wyglądać. To już jednak zdecydowanie temat z dziedziny psychologii a nie finansów osobistych. Generalnie im bardziej rozbieżne zdania na temat spraw finansowych tym większy stopień rozdzielności bym doradzał (pkt. 3 lub 4), są jednak sytuacje (jedno z małżonków bezrobotne lub zajmuje się dziećmi) gdy nie jest to możliwe.

PS. Oczywiście pojęciami wspólności i rozdzielności operuję tu sobie na moje potrzeby a nie w znaczeniu ustawowym.

09:45, marcinhorala
Link Komentarze (4) »