RSS
piątek, 20 lutego 2009
Dlaczego nie warto brać kredytów?

Każdy kredyt (z wyjątkiem bardzo rzadkich rat 0% nie będących manipulacją tylko faktycznymi ratami 0%) związany jest z określonymi kosztami.

Jeżelli więc kupuję telewizor kosztujący 3000PLN na kredyt, który będę spłacał w dziesięciu miesięcznych ratach po 360PLN to przepłaciłem 600PLN. Tak naprawdę płacę więc aż 600 złotych za to, że będę miał nowy telewizor zaledwie o osiem miesięcy szybciej. Warto?

To jednak jeszcze nic w porównaniu z ludźmi, którzy jadą od kredytu do kredytu, dla których spłacenie pożyczki jest momentem w którym z radością mogą zaciągnąć pożyczkę na coś nowego - takie osoby po prostu stale przepłacają za wszystkie swoje większe zakupy 10-20-30% albo i więcej.

Szczególnie zaś dziwią mnie osoby naprawdę biedne, które też pożyczają - a ponieważ mają słaby rating kredytowy pożyczają najdrożej w różnych Providentach i tym podobnych. Im ktoś jest biedniejszy tym bardziej nie stać go na kredyt!

Oczywiście grają tu rolę dwa podstawowe czynniki:

1. Przymus okoliczności. Są wydatki naprawdę niezbędne jak np. koszty leczenia, wydatki powodowane różnymi zdarzeniami losowymi itp. i tu faktycznie środki po prostu muszą się znaleźć, jak się nie da inaczej to w postaci kredytu. Są również wydatki prawie-że-przymusowe (np. nowa pralka, lodówka, kuchenka gdy stara padnie na amen), bez których można by się obejść teoretycznie ale trzeba by być mieć osobowość psychopatyczną, dla normalnego człowieka obycie się bez nich jest niemożliwe - i wówczas również pieniądze po prostu muszą się znaleźć.

Jaka na to rada? Ano banalnie prosta - oszczędzać. Że co, że biednego nie stać żeby oszczędzać? A na spłacanie kredytu to będzie stać? Tak naprawdę to właśnie biednego nie stać na to żeby nie oszczędzać! Choćby najdrobniejszą sumę. Nawet czteroosobowa rodzina, która musi przeżyć miesięcznie za 2000 złotych może oszczędzić na przykład 30 złotych miesięcznie. A to 30 złotych miesięcznie będzie oznaczało że w dwa lata już będą zabezpieczeni przed awarią jednego z urządzeń gospodarstwa domowego (i wpadnięciem z tego powodu w długi a co za tym idzie ponoszeniem związanych z nimi kosztów).

2. Pęd do natychmiastowej konsumpcji. Zresztą umiejętnie podsycany przez cały około kredytowy biznes. Najnowsza nowość, musisz mieć już teraz, teraz, teraz. Przez parę miesięcy pracowałem w banku specjalizującym się w pożyczkach konsumpcyjnych i podstawowym trikiem jakiego uczono nas na szkoleniach było skłonienie klienta żeby poczuł przyjemność jaką może mieć już za chwilę z kupionej rzeczy. "Proszę sobie wyobrazić, że już dziś mógłby pan oglądać film na swoim nowym telewizorze, po co czekać?"

Ano po to, żeby nie przepłacić tych 10-20-30% - a więc w perspektywie móc pozwolić sobie na więcej lepszych rzeczy.

Sprawa jest prosta - jeżeli kredyt kosztuje np. 20% to ktoś kto żyje cały czas na kredyt będzie mógł sobie pozwolić w skali całego życia na konsumpcję o powiedzmy 30% mniejszą od osoby która zarabia tyle samo, ale na swoje wydatki oszczędza (bo oszczędzający nie tylko uniknie kosztów kredytu ale jeszcze otrzyma zyski ze swoich inwestycji).

Kredytujący będzie tylko miał większe natężenie konsumpcji w początkowym okresie, a oszczędzający w późniejszym - ale per saldo będzie zawsze do przodu (chyba że wpadnie pod samochód, albo będzie III wojna światowa).

Jedynym wyjątkiem od zasady nie brania kredytów są moim zdaniem kredyty mieszkaniowe - bo okres oszczędzania byłby zbyt długi z powodu dużej wartości inwestycji i stosunkowo niskiego oprocentowania kredytu. Bardziej sensowne jest spłacanie kredytu przez 30 lat niż kupno mieszkania za gotówkę po 20 latach gnieżdżenia się kątem u rodziców/teściów. Ale i tu absolutnie nie warto "iść na maksa" i kupować najlepsze mieszkanie na jakie nas stać. Czy na prawdę te 10m2 więcej jest warte 20lat fajnych wakacji co roku, albo wyjścia do restauracji co miesiąc przez 20 lat, czy co tam jeszcze by sprawia nam przyjemność? Warto sobie odpowiedzieć na takie pytanie.

Biorąc kredyt żeby coś kupić tracimy wielokrotnie, bo:

1. Ponosimy koszty kredytu.

2. Tracimy zyski z inwestowania naszych oszczędności w trakcie zbierania na daną rzecz.

3. Kupujemy pod wpływem impulsu, podczas gdy kilka miesięcy do namysłu zazwyczaj spowoduje iż decyzja o zakupie będzie bardziej racjonalna.

4. Zajmujemy sobie część swojej zdolności kredytowej, co gdy zdarzy się jakaś katastrofa (choroba, wypadek) i na prawdę będziemy zmuszeni wziąć kredyt zdecydowanie pogarsza naszą sytuację (ten przymusowy kredyt będzie przez to droższy, mniejszy, albo w ogóle go nie dostaniemy).

No więc dlaczego ludzie biorą kredyty? Bo nie myślą, nawet w swoim własnym interesie.

15:21, marcinhorala
Link Dodaj komentarz »
piątek, 13 lutego 2009
Zautomatyzuj się, czyli dlaczego warto w życiu mieć zasady

Człowiek jest istotą zawodną. Ma tendencje do zapominania, odwlekania, poddawania się sugestię i tak dalej. Spróbujmy więc popracować nad tym, żeby nasza ludzka ułomna natura jak najmniej przeszkadzała nam w realizacji naszych finansowych celów. 

Po pierwsze część czynności naprawdę przy minimalnym wysiłku można zautomatyzować. Przede wszystkim oszczędzanie, które jak już pisałem wcześniej powinno być naszym pierwszym miesięcznym wydatkiem. Dla osób utrzymujących się z pracy najemnej (a więc mających dochód w miarę stałej wysokości otrzymywane mniej więcej w tym samym dniu miesiąca) nic prostszego jak zorganizować system stałych zleceń które w dzień po wypłacie oszczędzą nam nasze pieniądze przelewając je na dedykowane w tym celu konta/subkonta. 

Po drugie i ważniejsze warto opracować sobie i wdrożyć system zasad które będziemy bezwzględnie stosować. Zasad-nawyków, które wejdą nam w krew do tego stopnia że z czasem przestaniemy zauważać ich istnienie, staną się odruchami warunkowanymi występowaniem określonych okoliczności. Takie samo-zautomatyzowanie. 

Ważne żeby były to zasady raz przyjęte, stałe, najlepiej fizycznie spisane na kartce którą nosimy np. w portfelu – i  bezwzględnie stosowane i niezmienne (to znaczy zmieniane tylko gdy w naszym życiu zdarzy się coś poważnego np. spory awans albo utrata pracy – i zawsze zmiana musi być sformalizowana i dokonywana w domu a nie np. podczas zakupów). 

Mogę podrzucić kilka propozycji takich zasad korzystnych dla osobistych finansów: 

  1. Rachunki, bez względu na ich zapadalność, płacę zawsze bezpośrednio po ich utrzymaniu.
  2. Na zakupy do supermarketu zawszę idę ze spisaną listą rzeczy do kupienia.
  3. Na zakupy nie zabieram karty płatniczej ani tym bardziej kredytowej tylko gotówkę ograniczoną do kwoty nieznacznie (np. 10%) większej od kosztów planowanych zakupów.
  4. Zakupu rzeczy o wartości większej niż 500 PLN dokonuję nie wcześniej niż w 30 dni po podjęciu decyzji.
  5. W restauracji nigdy nie zamawiam jednego z trzech najdroższych dań w karcie.
  6. Poza sklepami z odzieżą używaną mogę kupić tylko jedno ubranie w miesiącu.

Każdy musi sam zanalizować swoje zachowania, i opracować zasady dla siebie. Sprawy których dotyczą, kwoty, okresy czasowe powinny być dostosowane do konkretnych problemów jakie mamy w życiu z kontrolą nad naszymi pieniędzmi. Nie chodzi też o mnożenie zasad ponad miarę, powinno ich być kilka tak, aby można było łatwo je opanować. A więc powinny dotyczyć naszych największych problemów, spraw które najbardziej szkodzą naszemu budżetowi. Np. z podanych wyżej przykładów nie ma sensu przyjmowanie zasady nr 5 prze kogoś kto je poza domem kilka razy do roku. 

Zasady jako takie generalnie są dobre często przez sam fakt swojego istnienia. Zasada, że jedziemy na zielonym świetle a stoimy na czerwonym jest równie dobra jak zasada dokładnie odwrotna. Ważne żeby jedną z tych zasad przyjąć i bezwzględnie stosować. Podobnie z naszymi zasadami finansowymi. Główną ich zaletą jest automatyzacja naszego działania. Zamiast setki razy walczyć z pokusą przy sklepowej półce raz na zawsze przyjmujemy Zasadę i więcej się nie zastanawiamy.

12:34, marcinhorala
Link Dodaj komentarz »
środa, 11 lutego 2009
Zapisuj wydatki

Jeżeli miałbym w jednym słowie streścić problemy jakie ludzie mają ze swoimi finansami, to w większości są to problemy z niekontrolowanie wydatków. Tymczasem do prowadzenia gospodarstwa domowego powinniśmy podchodzić jak do prowadzenia malutkiej firmy. A w każdej, nawet najmniejszej firmie nie da się niestety funkcjonować bez odrobiny księgowości. 

Dokładne zapisywanie wszystkich wydatków to pierwszy i niezbędny krok do zapanowania nad swoimi pieniędzmi. Chyba każdemu z nas zdarzyło się zastanawiać „przedwczoraj wyciągałem z bankomatu 300 zł, gdzie one się rozeszły?”. Otóż tylko dokładnie zapisując wydatki zaczniemy wiedzieć gdzie nasze pieniądze „się rozchodzą”. Nie jest to wbrew pozorom takie trudne i zajmuje góra kilka minut dziennie – ważne żeby nabrać nawyku i faktycznie codziennie zasiąść do komputera albo zeszytu (zdecydowanie lepiej komputera) i zapisać wydatki. Dla osób obdarzonych słabszą pamięcią dobrym pomysłem będzie notowanie ich w ciągu dnia na bieżąco w jakimiś podręcznym notesiku albo w telefonie komórkowym. Pomocne może też być nabranie nawyku automatycznego zbierania do portfela paragonów – by wieczorem je wyjąć, podliczyć i wpisać. 

Dlaczego polecam wpisywanie w komputerze, najlepiej w jakimś arkuszu kalkulacyjnym a nie w zeszycie? Ano pod koniec miesiąca powinniśmy się tym wydatkom analitycznie przyjrzeć, podsumować ile wydaliśmy na jedzenie a ile na rozrywkę. To będzie bardzo dobry materiał do planowania co chcielibyśmy zmienić w przyszłości, ale i pewnie źródło dużych zdziwień („nigdy bym nie przypuszczał że aż tyle wydaje na drożdżówki w zakładowej kafeterii”). Arkusz kalkulacyjny bardzo ułatwia takie zabawy w sumowanie, rozbijanie, grupowanie, pozwala tworzyć wykresy, które od razu przemówią nam do wyobraźni. 

Ważne żeby naprawdę sumiennie wpisywać dokładnie wszystkie, nawet najdrobniejsze wydatki. I przy dość dużym stopniu szczegółowości. To znaczy nie trzeba zapisywać jabłka 4,25 chleb 2,30, mleko 2,60, wystarczy: jedzenie kupione na rynku: 9,15, ale konieczne jest rozbijanie wydatków z różnych kategorii: ubrania, jedzenie, .środki czystości, rozrywka itp. Z biegiem praktyki na pewno każdy zoptymalizuje sobie podział na kategorie wydatków. Najważniejsze – powtarzam jeszcze raz – żeby zacząć sumiennie je zapisywać.  

Dodam na zachętę – to naprawdę działa. Zazwyczaj już sam fakt notowania wydatków powoduje ich nieznaczne zmniejszenie.

10:45, marcinhorala
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 09 lutego 2009
Zapłać najpierw sobie

Początkiem każdej podróży jest pierwszy krok i nie da się nigdzie dojść bez wykonania owego pierwszego kroku. Podobnie ma się sprawa z uzdrowieniem własnych finansów – też trzeba kiedyś zacząć to robić. I jest na to jeden zdecydowanie najlepszy moment. Teraz.

Jak więc ten pierwszy krok postawić już teraz? Otóż należy zacząć oszczędzać. A jak to zrobić skoro na koniec miesiąca zazwyczaj nie mamy czego oszczędzić bo nic nam nie zostało z pensji? Ano klucz tkwi w stwierdzeniu „na koniec miesiąca”. W istocie podobnie tłumaczą się często ludzie zaciągające kredyty konsumpcyjne. Otóż mówią tak – „jakbym miał/miała oszczędzać po trochu na ten nowy telewizor to bym nie dała rady – co miesiąc trafiłby się jakiś wydatek i pieniądze by się rozeszły. A jak muszę zapłacić ratę kredytu to muszę i dzięki temu telewizor mam”. Proponuję żeby postępować zgodnie z tą logiką - ale do oszczędzania zmusić się samemu bez straszaka w postaci banku i komornika.

Konieczna jest zmiana mentalności, przestawienie priorytetów. Przestawienie oszczędności z ostatniego na pierwsze miejsce hierarchii ważności. A za taką operacją mentalną pójść musi jeden konkretny czyn. Otóż – jeżeli go jeszcze nie mamy – zakładamy oddzielny rachunek oszczędnościowy. Następnie określamy sobie ile bylibyśmy w stanie zaoszczędzić miesięcznie. Na początek może być to nawet mała kwota – 100 złotych, 50 złotych, a niechby 20 złotych (dwadzieścia złotych powinna być w stanie zaoszczędzić nawet dość biedna osoba). I taką kwotę przelewamy na nasze oddzielne konto NIEZWŁOCZNIE po otrzymaniu pensji (czy środków z dowolnego innego stałego źródła utrzymania). Jeżeli otrzymujemy wypłatę regularnie najlepiej utworzyć na koncie stałe zlecenie przelewu na dzień-dwa po dniu w którym zazwyczaj na naszym koncie księgowana jest pensja.

W ten sposób płacimy sobie najpierw, nasze własne długofalowe finansowe dobro stawiamy na pierwszym miejscu. I sami siebie „zmuszamy” do oszczędności.

13:48, marcinhorala
Link Komentarze (1) »
piątek, 16 stycznia 2009
Lepiej więcej zarabiać czy mniej wydawać?

Wydawałoby się, że pytanie wyżej należy do tych oczywistych. Generalnie do naszej skrzynki z osobistym bogactwem dokładamy zarabiając i wyjmujemy z niej wydając pieniądze. A więc jeżeli chcemy żeby w skrzynce zostawało jak najwięcej najlepiej robić i to i to – to znaczy i więcej zarabiać i mniej wydawać. 

Jeżeli jednak miałbym to pytanie postawić nieco inaczej – nad czym należy się bardziej skupić, czemu poświęcić więcej energii, zarabianiu więcej czy wydawaniu mniej? Większość ludzi pewnie odpowie – oczywiście że zarabianiu więcej. Błąd. 

Ile razy słyszeliście: „wiem że dużo wydaję i nie jestem oszczędny, ale wolę się skupić na zwiększeniu dochodów”. To bardzo popularne stwierdzenie, stanowiące uniwersalną wymówkę przeciw przyjrzeniu się na serio swoim problemom z wydawaniem pieniędzy. Tymczasem, jeżeli nie spojrzymy krytycznie na nasze nawyki wydawania pieniędzy nigdy nie uda nam się ich więcej zgromadzić – choćbyśmy zarabiali więcej i więcej i więcej. Będziemy po prostu więcej i więcej wydawali a czasem wręcz wyrzucali.  

Załóżmy, że teraz osiągamy jakieś tam dochody na mniej więcej średnim poziomie – ale nie akumulujemy bogactwa gdyż wszystko się „jakoś rozchodzi”. Jeżeli zaczniemy żyć oszczędnie i wydawać świadomie, możemy bez realnego wzrostu dochodów osiągać z czasem różne finansowe cele. Jeżeli natomiast odwrotnie – uda nam się powiększyć dochody, ale nadal nie będziemy kontrolować wydatków – nasza sytuacja finansowa nie ulegnie poprawie. 

I ostatni argument na rzecz wyższości zmniejszania wydatków. Zwiększenie naszego dochodu ograniczone jest czynnikami zewnętrznymi – sytuacją rynku pracy, zapotrzebowaniem na  nasze umiejętności, kondycją naszej firmy itp.. Natomiast zmniejszenie naszych wydatków w znacznie większej mierze zależy tylko od nas. Oczywiście są wydatki wymuszane na nas przed różne życiowe sytuacje – ale w swojej przytłaczającej większości ponoszone przez nas wydatki są tylko kwestią naszej wolnej decyzji (choć nie zawsze uświadomionej i przemyślanej). 

Skracając powyższe wywody do krótkiego hasła – jeżeli chcesz z czasem zbudować swoją zamożność to zwiększaj swoje dochody kiedy trafi się ku temu okazja, ale ograniczanie wydatków zacznij już teraz.

14:40, marcinhorala
Link Komentarze (1) »
środa, 14 stycznia 2009
Kto tak naprawdę jest bogaty?

Często potoczne wyobrażenie na temat tego, kto jest bogaty, jest po prostu mylne.

Wyobraźmy sobie dwie osoby: Damiana Nowoczesnego i Genowefę Oszczędną.

Pan Damian Nowoczesny ma dobrą pracę w renomowanej firmie. Mieszka w dużym mieszkaniu na niedawno zbudowanym osiedlu. Dodajmy, że mieszkanie ma ładnie i nowocześnie urządzone - duża plazma na ścianie, wanna z jacuzzi w łazience, podwieszane suity, blaty z prawdziwego marmuru – i tym podobne klimaty. Jeździ dwuletnim samochodem. Co roku w lato spędza wakacje na zagranicznych plażach, za to zimą zazwyczaj jeździ na tydzień na narty w Alpy. Ubiera się w markowe ubrania, często jada w restauracjach, nie odmawia sobie weekendowych wypadów za miasto, wizyt z przyjaciółmi w kinie czy na kręglach.

Pani Genowefa Oszczędna jest wdową na emeryturze. Mieszka w trzypokojowym mieszkaniu w PRL-owskim bloku. W wystroju wnętrz królują meblościanki ze sklejki i boazeria z lat osiemdziesiątych. Pani Genowefa ma dziesięcioletni telewizor i podobnego wieku odtwarzacz wideo marki Craptronix. Nie ma samochodu, od dawna nie kupiła żadnego nowego ubrania (i tak, tak, chodzi w moherowym berecie). Nie pamięta kiedy ostatni raz była w restauracji albo w kinie. Jedyne wyjazdy to pobyt w sanatorium raz na kilka lat. Rozrywki to zakupy na pobliskim ryneczku, plotki z sąsiadkami, wizyty kościele i niedzielny obiad na który przychodzą wnuki.

Która z opisanych wyżej osób jest bogata a która biedna? Intuicyjnie, zwłaszcza spotykając tego rodzaju osoby we własnym życiu, zakwalifikujemy pana Damiana jako bogatego a panią Genowefę jako biedną. Wcale niekoniecznie będzie to prawdziwe wrażenie. Spróbujmy bowiem użyć opisanej niedawno metody i obliczmy wartość netto naszych delikwentów.

Aktywa Damiana Nowoczesnego: mieszkanie o wartości rynkowej 600 tys. zł, samochód o wartości rynkowej 50 tys., wyposażenie mieszkania o wartości rynkowej 15 tys, akcje o wartości 6 tys. i jednostki udziałowe funduszy inwestycyjnych o łącznej wartości 13 tys. zł.

Pasywa Damiana Nowoczesnego: kredyt hipoteczny na zakup mieszkania, z którego do spłaty pozostało 600 tys. (ten kurs franka szwajcarskiego…), kredyt na samochód, z którego do spłaty pozostało 40 tys., kredyt na zeszłoroczne wakacje, do spłaty pozostało 3 tys., bilans karty kredytowej do spłaty 15 tys., debet na koncie 7 tys.Wartość netto Damiana Nowoczesnego: 19 tys. zł.

Aktywa Genowefy Oszczędnej: mieszkanie spółdzielcze własnościowe o wartości rynkowej 250 tys. zł. Oszczędności „na czarną godzinę” na lokacie w banku PKO BP – 17 tys. zł.

Pasywa Genowefy Oszczędnej: 200 zł pożyczone „do pierwszego” od sąsiadki.

Wartość netto Genowefy Oszczędnej: 266 tys. 800 zł.

Jak widać to Damian Nowoczesny jest biedny a Genowefa Oszczędna może nie bogata, ale na pewno bogatsza od pana Damiana.

Damian z kolej oczywiście żyje na znacznie wyższym poziomie niż Genowefa, natomiast niestety żyje ponad stan a co za tym idzie balansuje na granicy bankructwa. Poważniejsza choroba, albo pozostawanie bez pracy przez kilka miesięcy mogą go wpędzić w naprawdę poważne tarapaty, ze stratą dachu nad głową włącznie.

Wiadomość optymistyczna dla Damiana Nowoczesnego jest taka, że skoro pomimo wysokich zarobków jest w stosunkowo złej sytuacji finansowej znaczy że popełnia szereg poważnych błędów w gospodarowaniu swoimi pieniędzmi. A więc ma spore pole do poprawy i wprowadzając w swoje życie kilka prostych zmian może szybko polepszyć swoją sytuację.

Damian zdecydowanie powinien czytać i brać sobie do serca niniejszego bloga (choć oczywiście i pani Genowefie lektura mogłaby podsunąć czasem jakiś dobry pomysł, niestety pani Genowefa nie posiada dostępu do Internetu i nie umie z niego korzystać).

12:05, marcinhorala
Link Komentarze (3) »
poniedziałek, 12 stycznia 2009
Ile jesteś wart?

Oczywiście wartości człowieka nie da się przeliczyć na pieniądze. Mówi się że człowiek jest wart tyle, ile daje z siebie innym. Najbiedniejszy człowiek może być bardzo wartościowym przyjacielem, ojcem, mężem i tak dalej. To oczywiście ważne, kto wie czy nie najważniejsze.

Niemniej na gruncie finansów osobistych wartość człowieka jak najbardziej da się obliczyć. Trzeba po prostu zrobić bilans przedsiębiorstwa pod nazwą „Jan Kowalski” czy też „Mariola Wiśniewska”. Zliczyć wszystkie aktywa i pasywa, a następnie odjąć te drugie od tych pierwszych.

A więc najpierw sprawa najprostsza – ile ten nasz nieszczęsny Kowalski ma pieniędzy na koncie, w lokatach, ile są warte posiadane przez niego jednostki udziałowe funduszy inwestycyjnych a ile akcje.

Następnie przejdźmy do posiadanych rzeczy. Najpierw nieruchomości. Ile warte jest jego mieszkanie lub dom, a może ma jeszcze jakąś działkę, albo w spadku po wujku 1/12 jakiegoś innego mieszkania? Oczywiście wszystko należy obliczać po cenach rynkowych a nie cenie zakupu. To akurat jest obecnie bardzo proste – wystarczy na dużym portalu z ogłoszeniami wpisać w kryteria wyszukiwania dane naszej nieruchomości (powierzchnia, lokalizacja itp.) – a następnie na oko wyciągnąć średnią z wyświetlonych ofert. Nie powielajmy błędów naszych posłów, którzy potrafią wpisać w oświadczenie majątkowe wartość dwupokojowego mieszkania w dużym mieście w wysokości 40 tys. zł, bo za tyle je kupili piętnaście lat temu. Nasze mieszkanie, jak i wszystko inne co posiadamy, jest warte tyle za ile teraz moglibyśmy je w miarę bez problemu sprzedać. Bez względu na to, za ile kiedyś je kupiliśmy.

Wracając do naszego Kowalskiego - następnie podliczamy mu wartość innych rzeczy które posiada. Co i nie potrwa długo, bo zazwyczaj jedyną bardziej wartościową rzeczą będzie samochód (tu również szacujemy wartość rynkową w ten sam sposób co wartość mieszkania). Można jeszcze dorzucić troszkę za sprzęt RTV i AGD. Pamiętajmy – stosujemy konsekwentnie zasadę wyceny po aktualnej cenie sprzedaży. Telewizor plazmowy kupiony przed rokiem za 5 tys. teraz jest wart może z tysiąc – bo za tyle prawdopodobnie udałoby się go sprzedać. Ceny używanych sprzętów można sprawdzić na portalach aukcyjnych – ale ostrożnie bo większość oferowanych tam produktów jest fabrycznie nowych lub prawie nowych, a nasze są jednak używane. Konsekwentnie super modne kozaczki kupione dwa lata temu za 400 złotych teraz są warte okrągłe równiutkie 0 złotych. Słyszeliście o kobiecie która chciałaby kupić używane buty, które były modne dwa lata temu? Słyszeliście o kimkolwiek kto by kupował używane buty? Dlatego w naszych obliczeniach właściwie wszystkie rzeczy z wyposażenia domu, garderoby itp. poza sprzętem elektronicznym i AGD możemy od razu pominąć – nie są nic warte albo warte tak mało, że nie ma sensu zawracać sobie nimi głowy. Podobnie ma się sprawa z książkami, płytami i tak dalej. No chyba że akurat trafiliśmy na kolekcjonera bibliofila, audiofila, miłośnika sztuki, których zbiory będą przedstawiały jakąś realną wartość. To jednak raczej rzadkie przypadki.

Tym sposobem obliczyliśmy wartość brutto Kowalskiego, czyli inaczej mówiąc jego aktywa. Aby otrzymać wartość netto musimy teraz od nich odjąć pasywa, czyli jego zobowiązania, czyli mówiąc po ludzku długi. Kredyt hipoteczny, kredyt na samochód, debet na koncie, nie spłacony bilans na karcie kredytowej, długi grzecznościowe u rodziny, zaległe nie spłacone rachunki. Ja osobiście uważam że dla pełnego obrazu sprawy – jeżeli Kowalski ma zasądzone do płacenia alimenty – należy też obliczyć ich roczną wysokość a następnie pomnożyć przez ilość lat na które są zasądzone (w przypadku dzieci będzie to zazwyczaj do ukończenia 18 lat lub zakończenia edukacji). To też jest forma zadłużenia.

Pozostaje tylko odjąć pasywa od aktywów i mamy wartość netto. To tyle – oczywiście, podkreślmy, tylko w sensie finansowym – jesteśmy warci.

A po co w ogóle dokonywać takich obliczeń (co najmniej raz na rok)? Ano nasza wartość netto to bardzo ważny drogowskaz pokazujący w którym kierunku zmierzamy. Jeżeli z roku na rok rośnie – zmierzamy w dobrym kierunku. Jeżeli maleje – żyjemy ponad stan i zmierzamy w kierunku jak najgorszym.

14:50, marcinhorala
Link Dodaj komentarz »
piątek, 09 stycznia 2009
Zamożność bierze się z głowy

Tak naprawdę zamożność zaczyna się w głowie, w psychice. 

Jest z tym dokładnie tak samo jak z odchudzaniem. Odchudzanie jest bardzo proste: trzeba mniej jeść i więcej się ruszać. Problem nie tkwi w wiedzy co robić, ale w tym żeby się zebrać i zacząć to robić.

Również bogacenie się jest proste: trzeba mniej wydawać niż się zarabia. To właściwie wystarcza jeżeli chodzi o wiedzę finansową. Można nie wiedzieć nic ponadto, nie wiedzieć co to fundusz inwestycyjny a co to karta kredytowa, nawet z biedą można nie mieć konta w banku (choć to – przyznaję – byłoby kłopotliwe) a żelazne stosowanie powyższej zasady musi doprowadzić do sukcesu. 

Klucz więc tkwi nie w matematyce i w ekonomii, ale w psychologii: w jaki sposób zmusić siebie do regularnego życia poniżej stanu? Dla wielu osób to właśnie jest najtrudniejsze i wiedza o finansach osobistych, również ta którą będę się starał dzielić na tym blogu, to w znacznej mierze wiedza o psychologicznych sztuczkach mających nam pomóc w nakłonieniu siebie do wydawania mniej i zarabiania więcej. Tak samo jak przy odchudzaniu wiedza o tym ile dokładnie kalorii spalimy podczas półgodzinnego biegu jest zdecydowanie mniej ważna od wiedzy jak się co dzień w deszcz czy śnieg zmusić do tego żeby założyć buty i faktycznie wyjść pobiegać. 

(taka prywatna ciekawostka: ja jakikolwiek sport uprawiam może trzy razy w roku, z utrzymywaniem pod kontrolą moich finansów idzie mi znacznie lepiej).

10:53, marcinhorala
Link Komentarze (1) »
czwartek, 08 stycznia 2009
Fundamenty zdrowych finansów
Pozostańmy jeszcze chwilę przy sprawach ogólnych i podstawowych. A mianowicie zadanie teoretyczne: jeżeli myślimy o osobie która ma się dobrze finansowo, ma zdrowe finanse osobiste to myślimy o kimś kto:  

  1. Nie ma żadnych długów, lub jedyny rodzaj jego zadłużenia to kredyt hipoteczny, z miesięczną ratą w wysokości pozwalającej na swobodną spłatę.
  2. Posiada jakieś oszczędności, które regularnie się powiększają.
  3. Posiada stałe źródło dochodu, które pozwala na zaspokojenie jego codziennych potrzeb, spłatę wszelkich opłat i zobowiązań oraz regularne oszczędzanie.
 Zazwyczaj większość ludzi mających problemy ze swoimi finansami powie że ich na to nie stać, że muszą brać kredyty bo są zbyt biedni żeby samemu cokolwiek kupić, że nie mogą oszczędzać bo im nie starcza do pierwszego itp. To oczywiście błąd, jeżeli pominąć przypadki zupełnej skrajnej nędzy, która jednak - nie oszukujmy się – nie dotyka w Polsce więcej niż kilku, kilkunastu procent populacji. Na przykład jeżeli kogoś stać na spłacanie kredytu to znaczy że stać go również na oszczędności. O tym wszystkim szerzej później, na razie postawiliśmy sobie cel w postaci trzech punktów wyżej i drogowskaz który do niego prowadzi – regularne wydawanie mniej niż się zarabia.
09:46, marcinhorala
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 06 stycznia 2009
Na początek

Niniejszym dokonuje uroczystego otwarcia bloga o szeroko pojętych finansach osobistych. Od dłuższego czasu interesuję się tym tematem biernie, a chciałem zacząć interesować się czynnie. Stąd moje noworoczne postanowienie – zacząć pisać bloga o finansach osobistych. W założeniu ma to być zbiór zdroworozsądkowych porad dla osób nie będących zupełnymi biedakami (a więc mającymi możliwość podejmowania własnych decyzji finansowych) ani bogaczami (którym i tak jest wszystko jedno bo im na wszystko starczy). 

Z własnych obserwacji widzę że finanse osobiste są wśród moich znajomych bardzo zaniedbaną dziedziną. Nawet osobom zajmującym z sukcesami kierownicze stanowiska, prowadzącym firmy itp. zdarza się podejmować w życiu prywatnym bardzo złe decyzje finansowe. 

Główną przyczyną jest moim zdaniem brak refleksji i chwili zastanowienia. To jak zarządzamy swoimi finansami zależy zazwyczaj od instynktów których nie jesteśmy świadomi, decyzji które podejmujemy bez zastanowienia, nabranych w ciągu życia nawyków, których nigdy nie analizowaliśmy pod kątem ich racjonalności. Tymczasem złe decyzje dotyczące prywatnych finansów mogą nam napytać dużo biedy, kłopotów, stresu, problemów prawnych – czyli generalnie mało przyjemnych rzeczy, których spokojnie można by uniknąć. 

Nie jestem ani z wykształcenia ani zawodowo związany w jakikolwiek sposób z zarządzaniem finansami, doradztwem finansowym itp. Dlatego wszelkie porady jakie tu się ukażą proszę traktować jako materiał do własnych przemyśleń i stosować na własną odpowiedzialność. Jednocześnie zaznaczam, że sam staram się do nich stosować i będę umieszczał tu tylko te, które w moim życiu dobrze zadziałały.  

Ponieważ chcę bloga prowadzić na zasadzie krótkich a częstych wpisów na tym kończę, ale żeby nie było tylko o sprawach organizacyjnych, dodaję jedną z podstawowych zasad, które będą mi przyświecały w dalszych rozważaniach: 

Jeżeli chcesz z czasem mieć coraz więcej pieniędzy, to musisz regularnie wydawać ich mniej niż zarabiasz. 

Czyli innymi słowami: życie ponad stan jest prostą drogą do finansowych kłopotów.

 Niby nic bardziej oczywistego, ale w szczegółach mało kto konsekwentnie stosuje się do tej zasady. O szczegółach jednak porozmawiamy następnymi razami.
10:00, marcinhorala
Link Dodaj komentarz »
1 ... 6 , 7 , 8